wtorek, 15 września 2015

...

Nie mam siły się tłumaczyć. Po prostu coś się skończyło.
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pokochali moje opowieści na tym blogu. Zapraszam więc do innego, gdzie zobaczycie tylko mnie, tylko moją wyobraźnię, tylko moją historię. Moja pierwsze w pełni autorska praca będzie pojawiać się tutaj:

http://aprendamos-a-amar.blogspot.com/

Mam nadzieję, że nie odstraszy was brak "Violetty".
Bardzo chcę żebyście i moją autorską historię pokochali.

Tak jak ja kocham was, bardzo mocno.
Pozdrawiam i mocno całuję,
Natsu ♥

sobota, 14 lutego 2015

004. "Miłość nie pozwala rezygnować" - Fedemiła (+18)


♥♥♥
„Dla oso­by wierzącej, śmierć jest jak wy­jazd blis­kiej oso­by - ten sam rodzaj tęskno­ty ale większa odległość.”
♥♥♥

Byli para bardzo dziwną. Z jednej strony każdego dnia kochali się mocniej, a z drugiej zaś bez przerwy się kłócili. Ona – piękna i zmysłowa blondynka o długich nogach. Uparta jak osioł, zawsze chciała być górą i postawić na swoim. On – przystojny i męski Włoch o czekoladowych oczach. Pewny siebie i szczery do bólu, nigdy nie owijał w bawełnę. Tak samo jak jego ukochana uwielbiał rządzić.
Federico wraz z Leonem, Diego i Maxim tworzyli zgarną grupę od pierwszego dnia przedszkola. Już w podstawówce byli najlepszymi rowerzystami, a gdy tylko mogli, wyrobili sobie kart motorowerowe, a później kupili sobie motory. Były ich największą pasją, napędem do życia.
Ludmiła, Lara, Violetta i Natalia także przyjaźniły się już od dawna, a po jakimś czasie znalazły też miłość w tamtej grupce. Lara, ich ukochana pani mechanik, odnalazła swoją miłość w troskliwym i opiekuńczym Leonie. Violetta, radosna, ale zmieniająca miłości jak rękawiczki, w końcu ustatkowała się, gdy napotkała na swojej drodze Diego, który swoją pewność siebie mógł sprzedawać, a i tak wciąż miałby jej pod dostatkiem. Natalia i Maxi długo nie mogli odnaleźć się jako para, oboje skrępowani sobą, w końcu się odważyli i układało im się świetnie.
I tak mijały lata, skończyli liceum i poszli na studia. Udało im się dostać na jedną uczelnie, nie musieli się rozstawać. Cała paczka przyjaciół zamieszkała w domu rodziców Naty.
Chłopcy wciąż byli motocyklistami. I o ile większa część dam to rozumiała, Lu nie umiała. Wykłócała się z Fede, by przestał, albo przynajmniej uważał, ale on nic sobie z tego nie robił. A blondynka za każdym razem, gdy wsiadał na motor, drżała ze strachu o niego.
Była jesień, bardzo ciepła i słoneczna, nawet jak na Buenos Aires. Zbliżał się zmierzch, a Ludmiła i Federico wyszli właśnie z domu, by posiedzieć na ganku. Oboje milczeli, bo bali się, że gdy ktoś coś powie, wybuchnie kolejna kłótnia.
Oboje wiedzieli też, że muszą zacząć ten temat.
- Nie chcę – szepnęła, przysiadając na krańcu drewnianej huśtawki. Zagryzł lekko wargę, zajmując miejsce obok niej.
- Ludmiła… - zaczął, ujmując delikatnie jej dłoń.
- Mam złe przeczucia Federico – dodała, czując, jak łzy wzbierają w jej oczach – Ten wyścig to nie jest dobry pomysł – wykrztusiła przez zaciśnięte gardło.
- Przecież tyle lat jeżdżę i nic mi nie jest… Lu, proszę, mogę nigdy nie mieć takiej szansy – zacisnął mocniej rękę na jej bladych palcach. Zapadła chwila ciszy. Przymknęła oczy, a po jej policzku spłynęła łza. Wywołała ona u Federico ból w sercu. Przysunął się do niej i pochylił nad jej uchem, muskając delikatnie wargami skroń.
- Jeśli się nie zgodzisz, nie pojadę – szepnął. Zamrugała parę razy zaskoczona, po czym spojrzał na niego – Za bardzo cię kocham – posłał jej lekki uśmiech, głaszcząc po policzku. Zaniemówiła na chwilę. Nigdy nie stawiał jej przed motory, zawsze powtarzał, że kocha ją, ale motory kocha tak samo, tylko inną miłością.
- Ja… zgadzam się – wykrztusiła w końcu.

♥♥♥
„Gdy jest ciemno, chłodny wiatr, ona wraca tam
Widzi jego, widzi siebie jak tamtego dnia
Przypomina sobie gwiazdy co spadają
One chyba jednak życzeń nie spełniają”
♥♥♥

Nadszedł w końcu dzień wyścigu. Był to pochmurny i bardzo deszczowy poranek, a Lu siedziała na parapecie ich pokoju z kubkiem parującej herbaty w dłoni i przyglądała się jak krople mozolnie spływały po szybie. Zza drzwi łazienki dobiegał szum wody. Federico brał prysznic po długiej i upojnej nocy jaką razem spędzili.
Dziewczyna spojrzała na swoje dłonie, na których od wczorajszego wieczoru gościł złoty pierścionek zaręczynowy. Miała zaledwie dwadzieścia trzy lata, ale była pewna, że podjęła dobrą decyzję. Kochała go najbardziej na siebie i z całego serca chciała zostać jego na zawsze.
Szum z łazienki ustał, a zaraz potem otworzyły się drzwi. Stanął w nich, zupełnie nagi. Dziewczyna poczuła na policzkach lekki rumieniec. Jego uroda ją onieśmielała. Kochała w nim wszystko, każdy skrawek jego ciała, który był wręcz idealny. Federico zdawał się jej kimś podobnym do greckiego boga, idealnym, pięknym. Czasem bała się, że jest tylko fikcją i zaraz zniknie, ale on na każdym kroku udowadniał jej, że był prawdziwy, jak najbardziej.
Tym razem też chyba miał taki zamiar, bo podszedł do niej i usiadł za nią, obejmując mocno  pasie. Zamruczał jej do ucha niczym kot, co wywołało u niej dreszcz rozkoszy.
-Federico, nie ma czasu – mruknęła.
- Niby gdzie się nam śpieszy?  - zapytał cicho, zjeżdżając dłońmi do jej brzuch, który pokrywał tylko satynowy szlafrok. Powoli wsunął je pod czerwony materiał i dotknął jej skóry. Zadrżała i wydała z siebie stłumiony jęk – Wyścig jest wieczorem, a mamy dopiero ranek – szepnął jej uwodzicielsko, muskając przy tym jej szyję.
- Tobie chyba nigdy nie będzie dość, co? – zapytała cicho, odchylając lekko głowę, by dać mu lepszy dostęp do jej skóry. Zaśmiał się cicho, wdychając jej słodki zapach.
- Nigdy – odparł przygryzając płatek jej ucha. Czuła przyjemne dreszcze przechodzące przez jej ciało. Powoli odchodziła od zmysłów, a serce przyśpieszało.
- Niewyżyty dzieciak – wyzwała go, na co wziął ją na ręce i rzucił na łóżko. Zaraz potem znalazł się nad nią z frywolnym uśmieszkiem na ustach.
- Uparta blondyna – odparł z rozbawieniem, po czym wpił się w jej usta, pozbywając się szlafroka, który był dla nich tylko przeszkodą. Czerwony materiał opadł z cichutkim szelestem na  biały dywan. Oparł dłonie obok głowy blondynki i przez naprawdę długą, pełną miłości chwilę, przypatrywał się jej ślicznym, głębokim oczom. Kochał ją tak bardzo, że było to dla niego wręcz niewyobrażalne. Oddałby za nią wszystko, dosłownie wszystko. Pochylił się i złożył na jej malinowych, słodkich wargach leciutki niczym dotyk motyla pocałunek. Westchnęła mu wprost w usta, obejmując Włocha za szyję. Potem powoli zsunęła drobne dłonie na jego muskularne ramiona, a potem nagie plecy. Zagryzł jej wargę. Jej dotyk był niczym ogień, zostawiał na jego skórze palący szlak. Serce obojga biło bardzo, bardzo mocno.
Ciepłe usta Federico w końcu przesunęły się po jej brodzie i z czułością ucałowały żuchwę. Postawił leciutko, czerwony śladek na jej szyj. Przygryzł skórę na ramieniu, a z jej gardła wydobyło się ciche jęknięcie. Palce ukochanego lekko zacisnęły się na jej piersi, a usta trafiły wprost na sutek. Lizał, ssał, a ona pojękiwała, oddychając szybciej. Te cudowne pieszczoty trwały dla niej wiecznie. Było jej cudownie, lepiej być nie mogło. Mimo obaw związanych z wyścigiem, który miał odbyć się za kilka godzin, ona czuła się spokojna i odprężona. Niezwykłe wargi i dłonie Federico zawsze potrafiły wywołać u niej wewnętrzny spokój, jednocześnie doprowadzając zmysły do szaleństwa. Całe jej ciało wołało tylko do niego i błagało, by nie przestawał. Gdy oderwał się od jej skóry, jęknęła z zawodem. Już myślała, że przerwie, bo musi iść na trening. Ale się pomyliła. Przeszedł ją paraliżujący dreszcz, gdy język chłopaka okrążył powolutku jej pępek. Wędrował coraz niżej, a ona lekko drżała. Uchyliła powieki, które niewiadomo kiedy zamknęła i spojrzała na niego. Delikatnie złapał w zęby koronkę, którą miała na sobie i ściągnął z jej pośladków materiał. Pomógł sobie dłoni i rzucił bieliznę na bok.
- Mogłabyś przestać to nosić. Tylko nam zawadza – mruknął, zagłębiając się między jej nogi. Lekko przejechał zębami po wewnętrznej stronie uda. Chciała mu coś odpowiedzieć, ale nie była w stanie nic wykrztusić, zebrać myśli. Zaśmiała się tylko niezbyt głośno, wydobywając z siebie jeszcze ciche westchnie przyjemności. Drażnił ją, doprowadzając ją do szaleństwa, a gdy jego usta w końcu wylądowały tam, dokąd zmierzały od początku, a język wsunął się między delikatne płatki kobiecości, wstrzymała gwałtownie oddech, a potem jęknęła. Znów zamknęła oczy i lekko przygryzła wargi. Miała wrażenie, jakby wylądowała na innej planecie, było jej tak dobrze. Nie potrafiła powiedzieć ile czasu minęło, aż w końcu poczuła jego wargi na swoich. A przy tym swój własny, lekko słonawy smak. Federico dobrze wiedział, czego blondynka teraz pragnęła najbardziej. Chciała poczuć jego pokaźne parędziesiąt centymetrów w sobie i to natychmiast. Jednak nie pozwolił jej na to tak od razu. Kochał drażnić ją na wszelkie możliwe sposoby, a w łóżku wykorzystywał to najbardziej. Głaskał chwilę jej brzuch, zaczepiając o kolczyk w pępku, a potem włożył dłoń między uda Ludmiły. Jeździł palcami po kobiecości, aż w końcu wsunął w nią palce. Wbiła paznokcie w jego ramiona. Jęknął wtedy, ale nie zabrał jej dłoni, mimo iż przebiła się do krwi. Potrafiła być naprawdę silna gdy było jej tak dobrze i on doskonale o tym wiedział. Przywykł już. Czuł, że orgazm wstrząsa jej ciałem, kiedy zwinne palce buszowały w najskrytszych zakamarkach kobiecego ciała. Była tak oszołomiona, że nie dochodziły do niej dźwięki z zewnątrz. Nie otwierała oczu. W końcu chłopak zostawił ją w spokoju. Na chwilę. Zdążyła już tylko odrobinę ochłonąć, opanować oddech i serce. Miała już otworzyć oczy, ale Włoch, jakby dobrze wiedząc co się dzieje w jej umyśle, jednym, płynnym ruchem wszedł całym sobą do jej wnętrza. Krzyknęła, ale on mocno ją pocałował. Nie cackał się, widać było, że on sam miał dość tych gierek. Jego ruchy były mocne, głębokie i szybkie. Kiedy oderwał wargi od jej, jęczała głośno i oddychała coraz szybciej. Jej serce znów zabiło o wiele mocniej, a dłonie lekko drżały. Miała wrażenie, że zaraz zwariuje. Nie była pewna czy taka ilość rozkoszy jej przypadkiem za chwilę nie zabije. Miała przymknięte oczy, rozchylone usta, a on przyglądał się jej takiej, najpiękniejszej na świecie. Chciał zapamiętać taki obraz do końca ich wspólnego życia. Nie przestając wykonywać swojej roboty, zerknął na jej dłoń, która teraz zaciskała się mocno na pościeli. Na jednym z palców połyskiwał pierścionek, który jej podarował. Znak, że należy tylko do niego i że on należy wyłącznie dla niej. Kiedyś bał się małżeństwa, ale odkąd zrozumiał, że była dla niego wszystkim, nie umiał zdecydować inaczej.
Poczuł, że znów dochodzi. Pochwa dziewczyny zaczęła mocno pulsować i zaciskać się na jego członku, nieco ograniczając mu ruchy. W końcu zatrzymał się w niej, tak głęboko jak tylko potrafił. Przygryzła wargi do krwi, a on pochylił się leciutko zlizał czerwoną stróżkę. Ucałował jej ciepłe wargi, a potem opadł obok niej. Żadne z nich nic nie powiedziało. Federico mocno objął ją swoim silnym ramieniem, a ona wtuliła swoje drobne ciało w jego klatkę piersiową. Zamknęła oczy i oparła głowę o tors Włocha. Jego męski zapach koił jej zmysły. Ale mimo wszystko, niepokój trwał tak samo, jak przedtem. Bała się tego wyścigu.

♥♥♥
„Przez wszys­tkie te ty­siącle­cia ludziom nie udało się roz­gryźć za­gad­ki, jaką jest miłość. Na ile jest sprawą ciała, a na ile umysłu? Ile w niej przy­pad­ku, a ile przez­nacze­nia?”
♥♥♥

Warkot motorów słychać było chyba w całej dzielnicy. Trzynaście maszyn stało przed długą, białą linią. Na każdym siedziała osoba w kasku. Niedaleko grupa widzów, a wśród nich blondynka, wpatrująca się w wesoło przekomarzających się Federico i Diego. Oboje śmiali się i lekko uderzali w ramiona. Nagle Ludmiła ruszyła z miejsca. Przepchała się między ludźmi, ignorując krzyki innych. Wiedziała, że nie powinna wchodzić na ten teren, w końcu tu wstęp mieli tylko zawodnicy. Ale już dłużej po prostu nie mogła tak stać i patrzeć. Pobiegła przez cały plac i rzuciła się na szyję zaszokowanemu Federico. Ten nie rozumiał zachowania swojej dziewczyny, ale mimo to objął ją czułym gestem i ucałował lekko w czoło. Trwało to krótką chwilę, ale dla nich było jak wieczność. Bo właśnie tyle chcieli spędzić w swoich ramionach, całą wieczność. Kiedy chciał ją lekko odsunąć, nie pozwoliła, a jedynie jeszcze mocniej zacisnęła drobne ramiona. Mógł ją co prawda odsunąć siłą i nie byłoby problemu. Ale jakoś nie potrafił. Widział zniecierpliwione spojrzenia ludzi dookoła. Przyszli na wyścig, a nie na dramat romantyczny.
- Skarbie... Muszę jechać... - szepnął, ale nie poskutkowało to w żaden sposób, Ludmiła nie odsunęła się nawet na milimetr. Chyba zaczynał rozumieć o co chodzi ukochanej.
- Księżniczko, jeżeli nie chcesz... - zaczął, ale nie dane mu było skończyć. Odsunęła się i pocałowała go z calutką swoją miłością. Świat dookoła jakby zszedł na daleki, daleki plan. Liczyły się tylko ciepłe wargi i czułe ramiona tej drugiej, kochanej osoby.
Kiedy pocałunek dobiegł końca, rozległy się oklaski i gwizdy, ale dla tej dwójki to nie liczyło się nawet w najmniejszym stopniu. Spojrzała w jego ciepłe oczy i westchnęła głaszcząc kark.
- Powodzenia i... Proszę, uważaj na siebie - poprosiła cicho. Posłał jej swój najczulszy i najpiękniejszy uśmiech i pokiwał głową na znak,że rozumie i dziękuję. Odeszła i wróciła na swoje miejsce między przyjaciółkami. Natalia objęła ją i mruknęła coś w stylu: "Nie martw się, wiedzą co robią", na co Ludmiła odpowiedziała jedynie smutnym westchnieniem. Niepokój nie znikł nawet na moment.
Rozległ się głośny gwizd, a motory ruszyły z zawrotną prędkością. Ledwo mogła nadążyć wzrokiem za postacią Federico. Prędkość rosła z każdym okrążeniem jakie chłopcy wykonywali. Blondynka czuła jak jej serce bije mocno ze strachu o chłopaka. Zamknęła oczy i oddychała głęboko. Poczuła jak na jej ramiona spadają pierwsze krople deszczu. Zaczynało padać coraz mocniej, jednak wyścig trwał dalej, a Ludmiła w dalszym ciągu stała skulona, nie patrząc. Natalia westchnęła i rozłożyła nad sobą i przyjaciółką parasol, przy okazji obejmując ją ramieniem. Wyścig zbliżał się do końca. Każda sekunda była ważna. Warkot robił się głośniejszy. Blondynka mocniej zacisnęła oczy. I nagle rozległ się głośny, przeraźliwy pisk opon, a potem uderzenie. Poderwała głowę, a pierwsze co ujrzała, to trzy roztrzaskane o siebie i barierki, motory. Chwilę zajęło jej pojęcia, że wśród nich jest ten granatowy rumak należący do jej księcia. Gdy to do niej dotarło, zaczęła się rozglądać. Ktoś kazał zadzwonić na pogotowie. Wyrwała się mocno trzymającej ją Natalii i podbiegła bliżej miejsca zdarzenia. I wtedy dostrzegła go. Leżał na mokrej ziemi, na głowie miał sporą, krwawiącą ranę. Był nieprzytomny, ale oddychał. Zacisnęła pięści, a potem opadła na kolana obok niego, zdzierając sobie skórę z nagich kolan i brudząc pastelowo niebieską spódniczkę błotem.
- Federico błagam, otwórz oczy – szeptała, gładząc jego policzek. Miał bladą skórę, oddychał bardzo słabo – Skarbie proszę… - czuła jak w jej oczach zbiera się coraz więcej łez. Po chwili rozpłakała się już przeraźliwie i oparła na jego klatkę piersiową, głośno szlochając. Zaciskała mocno dłonie na jego koszulce i nie odsuwała się nawet na moment. Świat wirował, a głowa potwornie bolała ją od płaczu. Ale nie mogła przestać. Bała się, tak strasznie się bała. Nie mogło go przy niej zabraknąć, nie wyobrażała sobie swojego życia bez niego. Wiedziała, że jeżeli Federico umrze, ona też nie będzie miała już czego szukać na tym świecie.
Czuła, że jest już cała w błocie i jego krwi, że doszczętnie przemokła, ale dalej, wtulona w jego pierś, płakała rzewnie dopóki jakieś ramiona nie uniosły jej siłą w górę. Wyrywała się, jednak w końcu Diego mocno ją objął i przytulił.
-Uspokój się. Lekarze muszą go zabrać. On jeszcze żyje i przeżyje, znasz go przecież. Nie zostawi cię samej – szepnął, głaszcząc ją po plecach. Ludmiła nie przestawała płakać, a Diego obserwował jak jego przyjaciela zabiera pogotowie. Modlił się, by Fede z tego wyszedł. Inaczej będzie źle.

♥♥♥
"Ona czekała, wierzyła, że się nie podda 
miłość nie pozwala rezygnować"
♥♥♥

Minęło paręnaście miesięcy od wypadku. Drobna blondynka siedziała na krześle obok pogrążonego w śpiączce chłopaka. Ściskała mocno jego dłoń i płakał cichutko. Drugą rękę trzymała na swoim lekko zaokrąglonym brzuchu. Dlaczego akurat teraz to wszystko musiało się stać? Tyle się stało, tyle chciała mu powiedzieć. Do pewnego czasu wierzyła, że niedługo się obudzi. Ale z każdym tygodniem, w którym jego stan dalej był taki sam lub gorszy, ta nadzieja gasła. Nikt prócz niej już tu nie przychodził. Prawie. Co jakiś czas zajrzał Diego. Jednak reszta już postawiła na nim kreskę. Nie wierzyli, że Federico mógłby wyjść z tego wszystkiego. Zamiast zapalać w niej iskrę wiary, zapalali jedynie znicze na niematerialnym grobie chłopaka. A ona była z nim w ciąży. Miała narodzić jego dziecko, jego malutką córeczkę. Chciała wziąć z nim ślub i stworzyć cudowną, szczęśliwą rodzinę.
Przeklinała dzień, w którym zgodziła się na ten wyścig. Nienawidziła tej daty, mimo iż była to też data poczęcia ich dziecka. Ale dla niej był to dzień, gdy życie straciło sens. Na początku przebywała tu codziennie, przychodziła i wychodziła wieczorem. Rodzice przyjechali z Buenos Aires i ją wspierali. Ale teraz wszyscy zaczynali podchodzić do tego sceptycznie. Przekonywali, by zostawiła już Fede i się nie łudziła. Pozwoliła mu odejść… A ona nie umiała, bo wierzyła, że chłopak wróci i znów ją mocno przytuli. Praktycznie zamieszkała w szpitalu, spędzała tu całe dnie, zasypiała i budziła się. Odchodziła od łóżka Włoch tylko gdy przychodził lekarz lub Diego. Mówiła do niego, opowiadała o tym jak ona się czuje, jak tęskni, jak rozwija się w niej życie.

Ale on dalej się nie budził.

Minęły cztery lata. Chłopak wciąż pogrążony był w śpiączce i nie myślał się z niej wybudzać. Nie było oznak poprawy, nic, a nic. Stan nie zmieniał się od prawie ponad trzech lat.
Ona zaczęła w miarę normalnie żyć, chodź i tak każdą wolną chwilę spędzała w szpitalu. Wychowywała swoją śliczną córeczkę, Lenę. Starała się być silna, tylko dla swojego dziecka, swojego największego skarbu. Ale dalej płakała po nocach i przy szpitalnym łóżku. Nie mogła uwierzyć.
Lekarze rozważali odłączenie Federico od aparatury. Prorokowali, że nie ma już sensu trzymać go przy życiu. Chłopak podpisał papiery, że gdy umrze, będzie dawcą, a oni chyba widzieli w nim już tylko to. Jakieś źródło organów. Jakby był przedmiotem, lodówką. Kiedy zaproponowali jej eutanazję, strzeliła lekarza po twarzy i krzyknęła, że nigdy nie pozwoli zabić swojego narzeczonego i ojca jej dziecka. A potem wybiegła z płaczem i poszła do jego sali. Zwierzała mu się, zamknęła się w sobie. Tylko Diego, który jak ona wierzył w to, że jego kumpel się obudzi, on ją wspierał jako jedyny. Cała reszta poddała się dawno temu. Bo do Ludmiły ciężko było dotrzeć od wypadku.
Pewnego dnia, gdy siedziała w poczekalni, przyszedł lekarz. Czuła, że coś jest nie tak od rana, więc zostawiła Lenę z Diego i przyszła tutaj.
- Przykro mi proszę pani, ale z Federico jest coraz gorzej. Jego serce powoli przestaje pracować… Jeszcze parę tygodni pociągnie, ale to najwyżej – oznajmił, wzdychając ciężko. Pokręciła głową gwałtownie.
- Niemożliwe… - szepnęła – Nie, to nie jest możliwe proszę pana! Pan musi coś zrobić, on nie może umrzeć! – krzyknęła i opadła znów na krzesło, płacząc głośno. Lekarz tylko cicho westchnął.
-Przykro mi – mruknął cicho i odszedł, zostawiając ją zrozpaczoną. Spędziła cały dzień płacząc, aż pielęgniarka nie zadzwoniła po Domingueza i on nie zabrał jej stamtąd.
Po długiej, ciężkiej nocy Ludmiła już dobrze wiedziała co chce zrobić. Poprosiła Diego by został w jej kochaną córeczką, a potem mocno ją uściskała i ucałowała w czółko, mówiąc, że bardzo ją kocha. Następnie pojechała do szpitala. Poprosiła lekarza o dokumenty, w których oddawała swoje organy w razie wypadku do przeszczepu z nakierowaniem na Federico. Podpisała wszystko i pożegnała się z lekarzem. Potem udała się do sali narzeczonego, żeby go jeszcze raz zobaczyć. Usiadła na skraju łóżka i pogłaskała po policzku czule.
- Kocham cię Federico… Kocham cię bardziej niż cokolwiek na tej ziemi. Ciebie i naszą córkę… Opiekują się nią, proszę. Ona cię teraz bardzo potrzebuje – szepnęła. Pochyliła się, po czym złożyła na jego sinych wargach ostatni, pełen miłości pocałunek.
Następnie wstała i wyszła z sali. Poszła do warsztatu Federico i znalazła tam naprawiony motor. Chłopaki widocznie chwieli o to zadbać. Przejechała palcami po granatowym lakierze, a potem po wygrawerowanym imieniu ukochanego. Wzięła kluczyki, wsiadła na maszynę i odpaliła silnik. Wyjechała z garażu, a potem z miasta. Jechała leśną drogą, szybko, nieprzerywanie. Rozpędzała się coraz bardziej i bardziej. Czuła jak łzy płynął po jej policzkach, a wiatr rozwiewa włosy na każdą stronę.
- Oddaję ci swoje serce najdroższy… Opiekuj się Leną. Kocham was. Żegnajcie – wyszeptała jeszcze, a potem skręciła gwałtownie. Motor mocno uderzył w drzewo, a ona za nim. Upadła bezwładnie na ziemię i zamknęła oczy. Już na zawsze.

♥♥♥
 Wiatr niesie liście, by upadły za moment.
Uwierz mi, idziemy w tą samą stronę.
♥♥♥

Federico westchnął i pogłaskał córkę po włosach. Spojrzał na śliczną blondynkę, której zdjęcie wisiało na nagrobku.
- Tatusiu, a to jest moja mama, tak? Dlaczego jej już nie ma z nami? – zapytała dziesięciolatka, spoglądając na ojca. Chłopak zacisnął zęby i ledwo powstrzymał łzy, które z całej siły napływały mu do oczu i nie chciały przestać. W końcu parę z nich spłynęło mu po policzkach. Otarł je szybko i mocno przytulił do siebie córkę, która nie wiedząc czemu też się rozpłakała – Dlaczego tatusiu? – spytała ponownie. Chłopak zebrał się w sobie żeby coś powiedzieć.
- Tak, to twoja mamusia kochanie… Cudowna kobieta, która z miłości oddała mi… Własne serce – wyszeptał i zerknął znów na nagrobek. Położył jej ulubione stokrotki na płycie, a potem zerknął na Diego, stojącego obok. Ten uśmiechnął się smutno.
- Nie płacz mała – odezwać się Dominguez i podszedł bliżej – Mamusia jest w lepszym miejscu i nad wami czuwa. Pokazała ludziom, jak niezwykła jest miłość. Musisz być dumna, że masz taką mamę – powiedział łagodnie, chodź on również powstrzymywał łzy. Lena odsunęła się od taty, otarła policzki i spojrzała na ojca oraz „wujka”. Pokiwała głową i podeszła do zdjęcia, a potem je ucałowała.


- Jestem z ciebie dumna mamusiu. 

♥♥♥
"Łatwo odejść bez podania ręki
I zostawić tych, którzy będą za mną tęsknić"
♥♥♥

Ja wiem kochani. Powinniście mnie zabić za takie OS na walentynki. Tylko wiecie co? Ja się cieszę, że akurat udało mi się to skończyć dziś. Zaczęłam to pisać ponad rok temu, ale musiałam dojrzeć by skończyć to wczoraj/dzisiaj. Skoro Walentynki są już tym świętem miłości (nie obchodzę, no ale cóż, powiedzmy, że robię wyjątek. Bo równie dobrze mogłabym wstawić to jutro) to słodka, bezproblemowa miłość w OS jest nudna. Myślę, że kiedy ktoś oddaje się innemu zupełnie - to jest prawdziwa miłość. I osobiście jestem dumna z tego OS. To moje pierwsze OS z sad end'em. Serio. Musiałam się przełamać żeby kogoś zabić... Mam nadzieję, że jakoś to wyszło i mimo wszystko - spodoba wam się. 
No i jeszcze Lenuś mojej kochanej wszystkiego naj, miło iż ma urodziny dopiero w środę, to przecież wyprawia je dziś ^^ Więc sto lat kochana ♥♥

Pozdrawiam, 
Natsuyu ♥♪♫

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Akt Pierwszy. Scena Pierwsza.


♥♥♥
„Czas, nie leczy ran.
To my w swych czynach uzdrawiamy
Nasze chore dusze,
Dzieci naszych lęków.”
♥♥♥

Zostało około piętnastu minut do wejścia na scenę – takie słowa usłyszała w swojej słuchawce, więc podniosła wzrok i spojrzała na odbicie w lustrze. Westchnęła pod nosem i poprawiła jasne blond włosy. Potem wzięła czerwoną szminkę i powoli przejechała nią po wargach. Usta pokryły się krwistą warstwą, którą poprawiła jeszcze parę razy, a potem odłożyła na bok.
Wstała, kiedy Marotti zaczął krzyczeć i panikować, że za chwilę się spóźni. Słychać go było aż w jej garderobie, a najpewniej znajdował się gdzie niedaleko wejścia na scenę. Przyodziała na siebie „strój” supernowej i wyszła do wszystkich.
- Marotti, uspokój się, mamy jeszcze czas… - mruknęła, przewracając oczami i skrzyżowała ręce na piersi. Mężczyzna ogarnął się troszeczkę, a potem poszedł poganiać kogoś innego. Było już tylko dziesięć minut, więc zebrali się wszyscy. Rozejrzała się dookoła ukradkiem. Wszyscy ubrani byli w błyszczące stroje, specjalnie do pierwszego numeru, do En gira. Na ustach każdego gościł uśmiech. Camila kłóciła się znów o coś z Broduey’em, Fran próbowała zwrócić na siebie uwagę Marco, który cały czas odlatywał myślami gdzieś w kosmos, Natalia szeptała coś sobie z Maxi’m. Z boku stał Diego i także obserwował sytuację. Po chwili do sali weszły też „największe gwiazdy”. Musiała przyznać – Leon i Violetta razem wyglądali jak filmowa para. Ona była śliczną, uśmiechniętą i uwielbianą przez wszystkich dziewczyną. On przystojnym, kochanym chłopakiem, za którym szalały miliony. Błyszczeli blaskiem jasnym i bardzo charakterystycznym. A mimo to Ludmiła była pewna, że między nimi nigdy nie będzie dobrze. Za bardzo się różnili, ona była zbyt rozrzutna w uczuciach, on zbyt w nich stały. Ona zbyt przewrażliwiona, on zbyt zazdrosny. Nie pasowali do siebie, nawet jeżeli tworzyli takie pozory. Violetta wiedziała, że Leon nie jest jej miłością, ale nie miała nikogo innego teraz przy sobie, więc wykorzystywała naiwność Verdasa. A on? On nie zrozumiał jeszcze, po tym wszystkim, jaka jego „ukochana” jest naprawdę. A szkoda. Marnował się chłopak.
- No dzieciaki! Ruszajcie! – krzyknął Marotii, co wyrwało dziewczynę z zamyślenia. Wszyscy od razu udali się na scenę. Weszła za nimi, a oczy od razu poraziło światło reflektorów. Zamrugała parę razy próbując się otrząsnąć. Trwało to jednak zaledwie parę sekund, nikt nie zauważył doznanego przez Ludmiłę szoku. Rozległ się rytm En gira, a potem zabrzmiał ich wspólny głos. Publiczność szalała, a ona czuła się cudownie. Tylko na scenie tak się czuła, nigdzie indziej. Kiedyś jeszcze taki spokój ogarniał ją gdy była z… Pewnymi osobami. Teraz jednak nie było owych osób przy niej, a więc nie miała też możliwości poczuć tego, co wtedy czuła.

♥♥♥
„Brakuje odwagi
Żeby dorosnąć
Żeby się rozwijać”
♥♥♥

Ziewnął, przecierając ciężkie niczym ołów powieki i spojrzał na zegarek stojący obok łóżka. Wyraźnie wskazywał dopiero czwartą trzydzieści dwie. Dlaczego więc on nie spał sobie spokojnie jak każdy normalny człowiek? Westchnął ciężko i przewrócił się na drugi bok. Wciąż dręczyły go sny o jej pięknych ciemnych oczach. O słodkim uśmiechu, za którym tak tęsknił. I o tym jak się zmienia kiedy jest blisko niego, jak jej charakter łagodnieje, jak zaczyna być kochana i dobra, jak odkrywa prawdziwą siebie skrytą tak głęboko pod maską supernowej. Czuł się zaszczycony, że to właśnie przed nim się otwiera. Że jest jednym z tych niewielu, którym blondynka ufa na tyle, by pokazać prawdziwą siebie.
Szkoda, że nie mógł spędzać z nią każdego dnia i każdej nocy. Chciałby być przy niej, całować, przytulać. Zasypiać z nią w ramionach i tak też się budzić. Móc przynieść jej śniadanie do łóżka, ucałować w czoło i zaśpiewać. Gdyby nie ten cholerny U-Mix byłby z nią teraz, a nie tkwił samotnie we Włoszech.
Kiedy na zegarku pojawiła się piątka, odpuścił sobie próby dalszego zaśnięcia. Niewyspany i sfrustrowany podniósł się z łóżka, a potem powlókł się do łazienki. Wziął zimny prysznic by nieco się obudzić, a potem umył się, ułożył włosy i założył coś na siebie. Opuścił łazienkę, a następnie pokój hotelowy i zszedł na dół, na śniadanie. Po posiłku musiał udać się na ćwiczenia z tańca, następnie ze śpiewu, a potem miała odbyć się próba do koncertu tutaj, w Neapolu. Jedynym co zachęcało go do tego była myśl, że już za tydzień będzie w Madrycie. A wtedy i ona tam będzie. I będą mogli się nareszcie spotkać. Usychał z tęsknoty za nią, już nie mógł żyć, kiedy nie czuł jej słodkiego zapachu.
- Federico! – krzyknął na niego trener tańca, kiedy ten po raz kolejny pomylił kroki.
- Wybacz… - westchnął i opadł na ziemię. Wyjął z torby butelkę wody i napił się. Jego nauczyciel, chłopak niewiele starszy od niego pokręcił głową i usiadł obok.
- Co z tobą się dzieje ostatnio? Jesteś taki nieobecny, nie idzie ci za dobrze… Budzisz się w sumie tylko, dzięki Bogu, że w ogóle, na występy – odezwał się. Włoch oparł głowę o lustro za nim i przymknął oczy.
- Ja po prostu… Mam już troszkę dość tej sławy… Chciałbym już wrócić do Buenos Aires i... Wrócić do bliskich – przyznał. Chłopak siedzący obok zamrugał parę razy, a potem zaśmiał się słabo i poklepał swojego kumpla po ramieniu.
- Więc chodzi o dziewczynę, tak? O… Ludmiłę, jeżeli się nie mylę? – zagadnął. Federico otworzył oczy i spojrzał na przyjaciela, po czym skinął głową.
- Tak, ja… Strasznie mi jej brakuje – westchnął smutno. Andrea, bo tak na imię miał trener tańca chłopaka, uśmiechnął się do niego łagodnie i uderzył go lekko w plecy.
- Nie bądź mazgaj, tylko zbieraj się do roboty. Już nie długo się z nią zobaczysz, a ona na pewno nie będzie z ciebie dumna, jeżeli przez nią zawalisz jakiś występ – pocieszył go z uśmiechem, a następnie wstał i pomógł też wstać Federico. Wrócili do ćwiczeń, z tą różnicą, że teraz Włochowi szło o wiele lepiej.

♥♥♥
Droga się zmienia
A ty zawsze po mojej stronie.
♥♥♥

Spojrzała na chłopaka, który rozmawiał z kimś przez telefon i zagryzła lekko dolną wargę. Nie była pewna… Ale wydawało jej się, że coś zmieniło się w jego zachowaniu. Dalej był dla niej kochany i czuły, ale… To było jednak coś innego. Jego uśmiech już nie był tak sam, jakby mniej radosny. Nie całował już tak samo, jakby bardziej tęskno, jakby z większym smutkiem. A oczy… One kryły jakąś wielką rozpacz. Nie rozumiała co się z nim dzieje i zaczynała się powoli bać.
Westchnęła cichutko, a następnie wzięła wacik, wylała na niego płyn do demakijażu i zaczęła wycierać brokat z powiek. W tym momencie na krzesło obok niej opadła Ludmiła. Blondynka zrobiła to samo co Hiszpanka. Milczały dopóki Ferro nie postanowiła się odezwać, a nastąpiło to, kiedy wszyscy opuścili garderobę.
- Co się dzieje Natalia? – zapytała tonem niesamowicie odmiennym od tego, którego używała na co dzień. Ludmiła mówiła tak tylko kiedy były same, Naty doskonale znała ten łagodny i troskliwy ton. Był on przeznaczony tylko dla ludzi bliskich sercu blondynki, a kiedy Navarro tak o sobie myślała, uśmiech sam rozjaśniał jej śliczną twarzyczkę. Tak było i tym razem, jednak uśmiechała się słabiej niż zwykle.
- Ja… Troszkę się martwię o Maxiego. Zachowuje się… Inaczej. Jest taki… Dziwnie smutny. Boję się, że coś się stało – przyznała po chwili milczenia Natalia. Ludmiła przyglądała się chwilę  przyjaciółce w odbiciu lustra, a potem westchnęła ciężko i wstała z krzesła.
- Sama nie wiem co mam ci powiedzieć… Wiesz, że nie znam się z Maxim na tyle by coś dedukować – odparła – Ale chyba najprościej będzie z nim porozmawiać – dodała zaraz, wyciągając ze włosów spinki tak, że jej długie blond loki opadły kaskadą na plecy. Naty zawsze zazdrościła tego Ludmile. Tych pięknych, lśniących, długich włosów, które mogą tak swobodnie powiewać na wietrze. Jej dosyć krótkie loki nie miały takich możliwości. Niestety.
- Boję się… - szepnęła, przymykając oczy – Boję się, że naprawdę coś się stało i to jest moja wina… - dodała, kiedy wyczuła, że Ludmiła nie rozumie o co chodzi Hiszpance. Po chwili brunetka poczuła drobne dłonie przyjaciółki na ramionach. Otworzyła oczy, a w lustrze zauważył słaby uśmiech dziewczyny.
- To na pewno nie twoja wina Natalia. Po prostu z nim pogadaj. Będzie dobrze – powiedziała spokojnym tonem – Dobranoc – dodała jeszcze, a następnie opuściła garderobę. Naty zamrugała parę razy i siedziała tak chwilę zaszokowany, a potem uśmiechnęła się słabo i zeszła z krzesła. Lubiła takie momenty, gdy Lu przez chwilę traktowała ją… Jak przyjaciółkę, a nie jak prywatną asystentkę.
Hiszpanka zebrała swoje rzeczy, a następnie wyszła z pomieszczenia i skierowała się do hotelu.

♥♥♥
„Pamiętając niedawny żal,
zaczęłam rozumieć znaczenie bólu,”
 ♥♥♥

Chłopak odłożył na bok telefon i westchnął ciężko. Zauważył, że został zupełnie sam, najwyraźniej Natalii nie chciało się już na niego czekać i wróciła do hotelu. Nawet go to cieszyło. Nie chciał żeby widziała go w takim stanie. Oparł się o krzesło i ukrył twarz w dłoniach, a po jego policzkach pociekło parę długo skrywanych już łez. Zacisnął mocno zęby i odetchnął głęboko. Nie chciał płakać, ale już nie mógł się powstrzymać. Za dużo czasu minęło odkąd robił to ostatni raz, a w świetle tych okoliczności nie potrafił już wytrzymać.
Kiedy usłyszał kroki, otrząsnął się i otarł policzki, pociągnął nosem. Uniósł głowę, a w drzwiach do garderoby zauważył Pablo.
- Maxi? Co ty tu jeszcze robisz, myślałem, że wszyscy już poszli do hotelu – odezwał się łagodnym, spokojnym tonem nauczyciel. Ponte uśmiechnął się sztucznie i wstał.
- Zasiedziałem się troszeczkę, ale już idę – odparł cicho, gdyż na głośniejsze słowa nie pozwalało mu gardło. Mężczyzna zmarszczył brwi i skrzyżował ręce na piersi.
- Wszystko dobrze? Płakałeś? – zapytał tym swoim tonem. Kiedy Pablo tak mówił, wszyscy uczniowie czuli bijące od niego ciepło. Był dla nich jak ojciec, troszczył się. Jego relacje z ich rocznikiem znacznie wykraczały poza relacje nauczyciel-uczeń. Byli przyjaciółmi, był dla nich mentorem, przewodnikiem. Ojcem ich sukcesu, który zawsze się o nich troszczy. Maxi westchnął cicho i pokręcił głową.
- N-no… Tak, przyznaje się – mruknął, spuszczając zakłopotany wzrok. Zacisnął mocniej dłonie, zwijając je w pięści, po czym uniósł wzrok i przetarł oczy jeszcze raz.
- Pablo… Ja… Mam… Pewne problemy i chyba powinieneś o tym wiedzieć – odważył się znów odezwać. Nauczyciel czekał, nic nie mówi, tylko przypatrywał się chłopakowi łagodnym wzrokiem. Pod tym spojrzeniem Maxi czuł lekkość i swobodę, nie bał się mówić o problemach. Wyznał Pablo wszystko co go dręczyło i co działo się teraz w jego życiu. Mężczyzna oczywiście zbeształ go za to, że wcześniej nic nie powiedział, a potem obiecał dyskrecję. Maxi nie chciał by ktoś się dowiedział. Szczególnie Natalia. Ona… Ona by się załamała.
W końcu pożegnał się z Pablo i udał się do hotelu. Było już późno, ale chciał jeszcze zajrzeć do swojej dziewczyny. Zapukał delikatnie w drzwi pokoju jej i Ludmiły. Otworzyła mu blondynka.
- Co ty tu robisz o tej porze? – zapytała, marszcząc brwi.
- P- przyszedłem do Natalii… - odparł nieco zakłopotany. Czasami troszkę bał się Ludmiły, szczególnie ostatnio. Jej zachowanie nie było takie jak przedtem, była inne. Jej słowa brał bardziej na poważnie.
Tym razem dziewczyna jednak nieco złagodniała, westchnęła i przeczesała włosy.
- Naty poszła już spać, ale jak chcesz to wejdź. Ja idę się umyć – mruknęła i wpuściła go, a potem zamknęła drzwi. Złapała swoją koszulkę nocną i udała się do łazienki. Maxi został sam ze swoją dziewczyną, która pogrążona była w głębokim śnie. Przysiadł na skraju łóżka i uśmiechnął się do siebie. Wyglądała tak słodko, tak uroczo. Nie wiedział ile się w nią wpatrywał, ale Ludmiła zdążyła wrócić z łazienki. Usiadła na swoim łóżku i spojrzała na Maxiego.
- Będziesz tak siedział całą noc? – zapytała cicho, by nie obudzić śpiącej Naty. Chłopak uniósł wzrok na blondynka i pokręcił głową.
- Nie, już się wynoszę – mruknął. Dziewczyna westchnęła i przewróciła oczami.
- Spoko, nie przeszkadza mi to. Jak chcesz możesz tu siedzieć – stwierdziła, wzruszając ramionami. Zamrugał parę razy zaskoczony, przyglądając się jak Ludmiła układa się na łóżku i bierze książkę. Jej czytanie nie trwało długo. Po chwili się odezwała, spoglądając na Natalię.
- Ona bardzo cierpi – przyznała szeptem. Maxi zmarszczył brwi nie rozumiejąc za bardzo co dziewczyna ma na myśli – Cierpi, bo się o ciebie martwi. Zastanawia się co się z tobą dzieje – dodała widząc, że Maxi nie rozumie – Boi się, że to jej wina – mruknęła. Chłopak obruszył się troszeczkę.
- Przecież nie! To nie jej wina – powiedział zaszokowany i zerknął na Natalię, która dalej słodko spała.
- Ja to wiem. Ty to wiesz. Ale ona nie daje sobie tego wmówić. Maxi, przysięgam, że jeżeli skrzywdzisz Natalię, to bardzo ostro się za to zemszczę – warknęła.
- Bo co, twoja asystentka będzie złamana? – prychnął. Ludmiła przewróciła oczami i pokręciła głową.
- Bo moja przyjaciółka będzie cierpieć – odparła cicho. Chłopak zesztywniał w niemałym szoku, a dziewczyna tylko szepnęła cichutko „dobranoc” i ułożyła się, odwracając tyłem. Maxi westchnął i pogłaskał Natalię po jej ślicznych lokach. Ucałował jej policzek, a potem czoło i wstał. Wiedział, że Ludmiła nie śpi, więc jeszcze przy wyjściu zatrzymał się i życzył jej dobrej nocy. Potem opuścił pomieszczenie i udał się do siebie.

♥♥♥
Trudno to wyznać, lecz wolałbym pozostać
Rozbudzony kiedy śpię,
Ponieważ moje sny pękają w szwach.”
♥♥♥

W Madrycie dochodziła godzina czternasta dwadzieścia osiem. Domofon rozbrzmiał po całym domu, a blondynka, której ciało dalej spoczywało rozwalone na całym łóżku, jęknęła głośno.
- Kogo niesie tak wcześnie! – wrzasnęła tak głośno, że chyba słyszał ją cały blok. Dla niektórych wpół do trzeciej była do godzina obiadowa – dla Candelarii zaś czas na podniesienie się z łóżka. Zazwyczaj. Nie zawsze.
Westchnęła i wywlokła się spod kołder. Ziewając, zarzuciła na siebie szlafrok, a na nogi włożyła urocze kapcie-tygrysy i poczłapała zmęczona w kierunku domofonu. Otworzyła drzwi do klatki guzikiem i oparła się o ścianę, czekając aż rozlegnie się dzwonek. Gdy się tak stało, otworzyła drzwi. Za nimi stał listonosz z przesyłką. Podpisała co było trzeba, zabrała pakunek i rzuciła go na bok. Wróciła do pokoju i zasnęła ponownie.
Kiedy się obudziła, była prawie osiemnasta. Stwierdziła, że jest tak głośno, że długo już nie wytrwa, więc poszła do kuchni. Odgrzała sobie wczorajszą pizzę i zjadła prawie cztery kawałki. Jej żołądek był bez dna, a ona w ogóle nie tyła.
W końcu zabrała się za odpakowywanie przesyłki. Gdy dotarła do średniej wielkości, granatowego pudełeczka, zmarszczyła brwi. Uchyliła wieko, a w środku zalazła tak dużo różnych gadżetów, breloczków, magnesów na lodówkę i tym podobnych, że sama nie mogła się nadziwić. To musiało być od Diego, bo kto inny teraz podróżuje? Chyba tylko jej braciszek. Uśmiechnęła się lekko na myśl, że chłopak już niedługo będzie z Madrycie. A ona idzie na koncert, ma pakiet VIP, zobaczy się z nim w końcu, po tak długiej rozłące. I spotka też Ludmiłę… Tak się za nimi stęskniła!
Na samą myśl jej twarz rozjaśnił radosny uśmiech. Napisała do brata, że dziękuje za prezenty i opadła na kanapę w salonie. Włączyła telewizję i wpatrywała się w ruszające się obrazki. Nie mogła jednak usiedzieć w miejscu. Wstała, ubrała się i opuściła swój dom. Jej czarne glany uderzały o chodnik. Było już ciemno, zbliżała się dwudziesta. Mimo to, bez wahania udała się do domu parę ulic stąd. Zapukała do dużych, drewnianych drzwi i czekała. Kiedy w progu pojawił się wysoki chłopak z rozczochranymi włosami, ubrudzony mąką, dziewczyna wyszczerzyła się szeroko.
- Cande? Co tu robisz? – zapytał, a jego wymowie rozbrzmiewał ten francuski akcent. Blondynka wyszczerzyła się i rzuciła przyjacielowi na szyję.
- Alex! Nie widziałam cię… Jeden dzień! Tak tęskniłam! – odparła tylko głośno, śmiejąc się przy tym radośnie. Po chwili odsunęła się troszkę i ucałowała go w policzek ubrudzony mąką – Co robisz? – zapytała gdy już się nieco uspokoiła.
- No… Robię pizzę. Pomożesz? – zapytał, lekko się uśmiechając. Przywykł, że dziewczyna była jaka była i nie dało się jej zrozumieć.
- Taak! – krzyknęła i złapała go za rękę, po czym wbiegła do jego kuchni, ciągnąc Francuza za sobą.

♥♥♥
„Pytasz mnie co czuję,
Odpowiadam, że już czuję wszystko,
Czyli nic.”
♥♥♥

Brunetka poprawiła włosy w szybie samochodu stojącego obok i westchnęła pod nosem.
 - Co za bezczelni ludzie – warknęła do siebie. Wkurzało ją to. Miała urodziny, a jej przyjaciele nic z tym nie zrobili. Stwierdzili, że teraz jest zbyt duże zamieszanie i zrobią jej imprezę jak wrócą z trasy. ZA CAŁE TRZY TYGODNIE!
- Przyjaciele, kurwa, od siedmiu boleści – mruknęła, krzyżując ręce na piersi. Tupała szpilką o chodnik czekając na swojego chłopaka. On nie wiedział, że brunetka stoi przed budynkiem siedziby festiwalu w mieście. Przyszła na niego nawrzeszczeć. Chociaż on mógł o niej pomyśleć! Znaczy… Dał jej prezent, złożył życzenia, zaśpiewał… Ale nic więcej!
Kiedy zauważyła jak Leon schodzi po schodkach wyciągnęła dłoń i pomachała aby ją dostrzegł. Brunet na chwilę się zatrzymał zaskoczony, a potem westchnął cichutko i podszedł do brunetki.
- Cześć skarbie… Co tutaj robisz? – zapytał zaskoczony i ucałował ją lekko w policzek. Odsunęła się i prychnęła.
- Szukam cię. Mam dziś urodziny, a ty masz mnie w dupie. Taki z ciebie chłopak? – odparła ostro. Leon przewrócił oczami i złapał ją za ręce.
- Ale przecież słyszałaś co ci powiedzieliśmy rano. Wiesz, że wszyscy bardzo cię kochamy, mimo wszystko, ale nie ma teraz czasu na organizację nic…
- A na granie w swoim podrzędnym zespoliku, to masz czas, co?! – przerwała mu krzykiem. Leon poczuł jak coś mu się wbija z serce. Było mu przykro, że Violetta tak powiedziała. Chwilę wpatrywał się w nią smutnym wzrokiem, ale potem poczuł narastającą złość.
- Podrzędnym? Nie masz pojęcia o czym mówisz – warknął i zacisnął dłoń na jej nadgarstku – Posłuchaj mnie PODRZĘDNA PIOSENKARECZKO… Nie jesteś królewną czy księżniczką żeby cię tak traktować, a ja mam życie poza tobą. Nie jesteś pępkiem świata i nie zawsze ty jesteś najważniejsza. Zapamiętaj to sobie – dodał nieprzyjemnym, oschłym głosem, po czym puścił ją i odszedł. Violetta chwilę wpatrywała się w przestrzeń zaskoczona. Leon nigdy jej jeszcze tak nie potraktował i byłą w niemałym szoku. Potarła lekko zaczerwieniony, od uścisku jego palców, nadgarstek. Odchrząknęła i otarła łzy z kącików oczu. Potem poprawiła znów włosy i obróciła się na szpilce. Ruszyła z podniesioną głową, udając, że nic się nie stało. Była wkurzona na chłopaka. I w ogóle na cały świat. Kiedy szła i zaczepili ją fani, warknęła tylko na nich, zbyła ich, po czym udała się do hotelu. Zamknęła się w swoim pokoju, który na szczęście miała sama, a następnie rzuciła się na łóżko. Leżała tak ciskając swoimi poduszkami gdzieś na boki, póki nie usłyszała dzwonka Skype w tablecie. Wzięła urządzenie i odebrała rozmowę. Widząc twarz swojego ojca, uśmiechnęła się leciutko.
- Cześć tatusiu – przywitała się słodko.
- Witaj córeczko. Wszystkiego najlepszego moja królewno… - odparł łagodnie, wpatrując się w nią jak w ósmy cud świata. Pod jego spojrzeniem Violetta czuła się najlepiej. Nawet Leon tak na nią nie patrzył jak jej własny ojciec.
- Dziękuję tatko. Żałuję, że cię tu nie ma… Bardzo tęsknię – westchnęła. German lekko posmutniał i pokiwał głową.
- Ja wiem skarbie… Ale niedługo wracasz, a wtedy mocno cię wyściskam. Kocham cię – odparł wesoło i posłał jej całusa. Odpowiedziała tym samym, a potem jeszcze chwilę porozmawiali. Dziewczyna jednak musiała się zbierać, więc zakończyła rozmowę i zabrała się za pakowanie swoich rzeczy. Dziś mieli lecieć do Madrytu, a następnego dnia koncert. Już nie mogła się doczekać. Chciała znów na scenie błyszczeć. Tam była najważniejsza. W końcu jest ich gwiazdą. Największą gwiazdą.  

♥♥♥
„Pozbawiony marzeń…
Jakby nie miał wyborów
Czy może zmienić bieg tych torów?”
♥♥♥

Wiecie, dziwnie się czuję wracając tu po tak długiej przerwie… Pragnę gorąco przeprosić za to, że kazałam na siebie tak długo czekać. Po prostu nastąpiła u mnie blokada twórcza i nie mogłam się przemóc. Zmieniała pomysły tysiące razy. Ale w końcu jest to, co mieliście okazję przeczytać. Wydaję mi się, że jest to… Niezłe.
Uważam też, że ta przerwa była mi potrzebna. Dojrzałam odrobinę, więc i mój styl pisania się poprawi… Tak czy siak, zostawiam opinię wam.
A ja się cieszę, że znów przypada mi ten zaszczyt, aby pisać dla was.
Kocham was moje myszki ♥
Dziękuję za wytrwałość ♪♪ ♥

Natsuyu ♪ ♥ 

środa, 24 września 2014

♥♥♥

Dawno mnie nie było co? xD
Cóż, szkoła się zaczęła i nagle nie mam w ogóle czasu ;-; Jestem tak zmęczona, że szok T^T
Tak czy siak chciałabym wam tylko powiedzieć, że tamto opowiadanie kończy się właśnie rocznicowym partem. Przyszłość możecie wyobrazić sobie sami ^^

Ja za to jak znajdę troszkę czasu, zacznę kolejną, zupełnie inną opowieść.
O tym będzie? Zobaczycie ^^ Mam nadzieję, że wam się spodoba, o ile ktoś tu jeszcze żyje xD Dajcie znać!

Kocham was,
Natsuyu <3

poniedziałek, 1 września 2014

Rocznica! + niespodzianka

Witam moje kochane!

No to... Nie wiem od czego mam zacząć.
Może od tego, że jest pewnie już po północy i nie wyrobiłam się jednak, ale cóż, tak bywa.

31 sierpnia 2014 roku minął dokładnie ROK odkąd dodałam tu pierwszego posta.
Jestem z siebie NIESAMOWICIE wręcz dumna, że to mi się udało, że wytrwałam tak długo. W tym czasie:

Dodałam (razem z tym) 55 postów.
Daliście mi dokładnie 430 komentarzy.
Wyświetleń jest już ponad 35 000.
Obserwatorów drobiłam się 38.
Odwiedzili mnie ludzie z Polski, Kenii, Holandii, Stanów, Irlandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Ukrainy oraz Hiszpanii.

Jest oczywiście parę osób którym chcę podziękować bardzo serdecznie.
Nie będą to jednak czytelniczki, a przynajmniej nie w tym sensie.
Dlaczego? Bo nie chcę żadnej faworyzować itp.
Dlatego powiem tylko o osobach, które wspierają mnie na co dzień.

Oczywiście nie mogę nie powiedzieć o mojej Horo, osobistej korektorce, którą znam już dobre... osiem lat! Boże, jak ten czas szybko leci xD Tak czy siak jest moim ogromnym wsparciem, rysuje mi dużo, dużo rysunków, tylko z nią wychodzę na godzinkę, a wracam po sześciu, tylko my potrafimy przegadać cały dzień i całą noc, rapować o piątej rano, żrąc żelki o dziwnych kształtach, widząc motor krzyczeć "LEÓÓÓÓN!" i robić od groma innych, dziwnych rzeczy.

Kolejną osobą jest Harietta, czyli Karolina, która także bardzo mocno mnie wspiera i pomaga, narzeka i jęczy, wkurza swoim wiecznym optymizmem i radością oraz miłością do słońca (wysadzę je kiedyś, zobaczysz!), a także po prostu jest, kiedy tego potrzeba. Tylko ona umie zakładać buty przez 15 minut, wracać ze mną ze szkoły godzinę, kiedy idę do niej bez niej i zajmuje mi to 20 minut xD

Oraz Len, która nie wiem czy to przeczyta, bo mojego bloga nie czyta, gdyż jeżeli chodzi o Violettę, to jedyne co jej się podoba to Fedemiłka (bo jak można ich nie kochać? ♥♥♥) oraz Federico xD
Ale i tak to piszę, bo jest super dziewczyną, jarającą się tak jak ja Damonem i Deleną z Pamiętników wampirów, wiernym i zboczonym sługą Horusia i w ogóle, OMG, OMG xDDD

Powiem jeszcze tylko o Oliwce i Julce, z których ta druga zaczęła mnie ostatnio komentować, tak przynajmniej mi się wydaje i ciągle mnie poucza xD Dziękuję bardzo xD Nie rozpiszę się o was, bo i tak raczej Violetty nie lubicie, ale powiem tylko, że was bardzo mocno kocham ♥♥

Tak samo kocham was wszystkie, naprawdę, bardzo, bardzo. Każdego kto zostawił tu swój ślad i jakoś mnie wsparł. Kocham was bardzo mocno i mam nadzieję, że nie opuście mnie. Może nawet przez kolejny roczek? ^^

No i na koniec, mam na osłodę, że wracamy do szkoły oraz z okazji ROCZNICY (dalej ciężko mi w to uwierzyć) taki mały prezencik ^^ ♥♥♥
Proszę bardzo...



♥♥♥
Wstań, idź, przestań mazać się,
Świetnie, świetnie cie rozumiem, zaczęliśmy źle
Co ty ze mną masz, w co ty ze mną grasz?
Nic z tego nie będzie
♥♥♥

Było chyba około szóstej rano, kiedy cała ich paczka podniosła się na nogi. Każdy w swoim domu zbierał ubrania i inne przydatne rzeczy. Jednym zajęło to dłużej, innym krócej, ale w gruncie rzeczy wszyscy się wyrobili. Spotkali się zaś w domu Leona, a stamtąd pojechali na lotnisko. Potem już tylko samolotem do Włoch. Na miejscu byli dopiero wieczorem.
- Jak gorąco! – jęknęła Violetta, wachlując się swoim pamiętnikiem.
- Jesteś prawie rozebrana, pomyśl jak nam jest gorąco – mruknęła Candelaria, przewracając oczami. Cóż, porównując Castillo w jej krótki spodenkach i bluzce ponad pępek oraz sandałkach na obcasie, z Candy ubraną w kolorowe podkolanówki, spódniczkę do kolan, czarną koszulkę i glany, naprawdę była spora różnica. Brunetka jednak tylko przewróciła oczami i oparła głowę o ramię Tomasa.
- Fede, czy tu jest tak zawsze? – zapytała cicho Ludmiła, spoglądając na swojego chłopaka.
- No… Chcieliście jechać na wakacje i mieć pogodę, to macie. Albo jest tak, albo leje tak, że nie można wystawić nosa za drzwi – odparł rozbawiony i objął ją w pasie – Nie martw się, tak ci zajmę czas, że zapomnisz o tym, że jest gorąco – zaśmiał się i ucałował ją w skroń. Potem wszyscy złapali za swoje walizki i ruszyli do hotelu. Co prawda Candy upierała się przedtem żeby jechać do domu jej i Federico, ale dość szybko zgaszono jej zapał. Dom co prawda był podobno spory, ale nie było szans, żeby zmieściło się tam szesnaście osób.
Zdecydowali się więc na hotel, nie jakiś bardzo luksusowy, ale z dobrymi warunkami. Każda para składała się na pokój, mieli zapewnione wyżywienie i tym podobne, a cena wcale nie była jakaś mocno wysoka, więc byli zadowoleni.
Dotarli tam taksówkami, a potem od razu się zakwaterowali. Udali się do pokoi i każdy zajął się sobą.

♥♥♥
„To wszystko, co wiem, gdy nie wiem dokąd iść,
Nie mamy pracy i nie mamy pieniędzy,
Nie martwiąc się upadkiem,
Nic oprócz letniego nieba, po prostu żyjąc prostym życiem”
♥♥♥

Pierwsze promienie słońca powoli wpadły przez kremowe firanki sypialni, padając na twarz dwójki młodych ludzi. Hiszpanka zmarszczyła lekko nos i uchyliła powoli powieki, trzepocząc leniwie rzęsami. Ziewnęła i mocniej przytuliła się do swojego ukochanego. Przetarła lekko powieki i odetchnęła.
- Dzień dobry skarbie – szepnął Maxi, a ona drgnęła zaskoczona i podniosła na niego wzrok.
- O… Nie śpisz już? – mruknęła wesoło – Dzień dobry – dodała i ucałowała go leciutko w żuchwę. Pokręcił głową i przytulił ją do siebie mocno, głaszcząc powoli wzdłuż kręgosłupa, co wywoływało na ciele dziewczyny przyjemne dreszcze.
- Nie, nie śpię od jakieś godziny – odparł rozbawiony. Zamrugała parę razy, a potem uniosła się powoli na łokciu.
- Naprawdę? Mogłeś mnie obudzić – stwierdziła rozbawiona. Pokręcił głową, po czym podniósł się do siadu, a potem uniósł Natalię i posadził ją sobie na kolanach.
- Nie… Wyglądałaś zbyt słodko – zaśmiał się i ucałował jej policzki, a potem skroń. Przewróciła oczami i oparła się o niego.
- Więc co dziś robimy? – zapytała, wdychając zapach męskich perfum swojego narzeczonego. Milczał chwilę, a potem pokręcił głową.
- Jeszcze nie wiem… Na razie poleżymy sobie w łóżku, potem pójdziemy na śniadanie, a następnie pewnie gdzieś się wybierzemy…
- Może do parku. Jak jechaliśmy wczoraj do hotelu, to widziałam niedaleko bardzo ładny… - od razu mu przerwała. Spojrzał na nią czule i pokiwał głową.
- Chętnie – odparł i cmoknął ją w czoło. Leżeli jeszcze jakiś czas wtuleni w siebie mocno, a potem oboje wstali. Natalia poszła do łazienki, gdzie wykonała wszystkie poranne czynności, a potem założyła na siebie białą sukienkę w niebieskie kwiatuszki oraz jasne baleriny, po czym opuściła pomieszczenie. Maxi był już prawie gotowy, założył jeszcze tylko tradycyjnie swoją czapkę i mogli już iść. Zeszli na dół, do hotelowej stołówki. Widzieli paru ze swoich znajomych, jak na przykład Sebę, który niósł Candy na barana, a ona krzyczała coś o konikach albo Cami, która ciągle coś mówiła, zaś DJ jej potakiwał.
Maxi zaprowadził swoją księżniczkę do wolnego stolika, a potem odsunął jej krzesło. Zajęła swoje miejsce, a on ucałował ją w czubek głowy.
- Pójdę po jedzenie – powiedział spokojnie, a potem udał się do szwedzkiego stołu. Wziął dwie porcje naleśników i jakieś dodatki, a potem wszystko zaniósł do stolika.
Całe śniadanie ogólnie przebiegło w bardzo przyjemnej, spokojnej atmosferze. Kiedy skończyli, wyszli z hotelu. Ponte złapał dłoń dziewczyny, a ona posłała mu swój uroczy uśmiech. Następnie naciągnęła na nos okulary przeciwsłoneczne i spojrzała w bezchmurne niebo. Słońce grzało naprawdę mocno, do tego odbijało się od szyb samochodów i budynków. Słyszała śpiew ptaków oraz jakieś pojedyncze rozmowy dookoła. Dotarli do parku. Było tam naprawdę pięknie, a także bardzo spokojnie. Ludzie przechadzali się w milczeniu, jakieś starsze małżeństwo siedziało na ławce, obejmując się. Natalię ten widok bardzo rozczulił. Zastanawiała się czy kiedyś ona i Maxi będą tak wyglądać. Już nieco pomarszczeni, siwi, ale z uśmiechami na twarzach i miłością w oczach.
Chłopak zaś nie obserwował świata dookoła. Głównie skupiał się na swojej ukochanej. Spod ciemnych szkieł badał dokładnie jej spokojną i rozluźnioną twarz. Pełne usta, mały nosek, gęste loczki. Ścisnął mocniej jej dłoń i uśmiechnął się lekko, a potem przyciągnął Naty do siebie i objął opiekuńczo ramieniem. Cmoknął ją w skroń i westchnął.
- Cieszę się, że cię mam – szepnął, tak by tylko jej ucho usłyszało to wyznanie pełne ciepła oraz miłości. Zamrugała parę razy zdezorientowana, ale zaraz na jej usta wpłynął spokojny, szeroki, ciepły uśmiech. Pogłaskała go po brzuchu i się roześmiała. Na ten słodki dźwięk poczuł przyjemne ciepło rozlewające się w jego sercu.
- Ja też się cieszę, że cię mam – odparła równie cicho. Przymknęła powieki  rozkoszując się bliskością Maxi'ego oraz słońcem grzejącym jej skórę. Przez chwilkę poczuła się troszeczkę jak w domu, bezpieczna i beztroska. Nagle się zatrzymali, więc otworzyła leniwie oczy i spojrzała na swojego narzeczonego. Ten przyglądał się jej chwilę, a potem uśmiechnął szeroko. Ujął czule jej dłoń, a potem ją ucałował, po czym uklęknął. Nie wiedziała co się dzieje, patrzyła na niego jak na wariata.
- Jesteś moim największym skarbem – oznajmił na cały głos, a potem zaczął śpiewać.

Moje serce szuka bezustannie
Gwiazdy wysoko nad morzem
Jeśli możesz oświetlić mi drogę do ciebie
Możliwe, że Cię odnajdę
Każdego ranka myślę o twoim głosie
I momencie, w którym dosięgnę Cię wzrokiem
Jeśli to życie jest zakochane w naszej pasji
Pewnego dnia może nas połączyć

Naty stała na środku parku mocno zarumieniona, przyglądając się Maxi'emu, który nie przestawał wydobywać z siebie pięknych dźwięków. Dookoła powoli zbierali się ludzie i przyglądali się im zaciekawieni. Czuła się jednocześnie bardzo dziwnie i skrępowana, ale z drugiej strony było to cudownie i bardzo romantyczne. Nie przerywała więc tego przedstawienia tylko uśmiechała się lekko, patrząc mu w oczy.

Tylko powiedz mi, gdzie będę
W moich ramionach zadbam o Ciebie
Jak tysiące dusz nierozłącznych
I marzymy o pocałunku bez końca
Powiedz mi jeśli jest coś co mógłbym zrobić
Aby schować cię we wnętrz mnie
Wiem, że to się stanie
Twoja połowa i moja
Wkrótce się odnajdą
Nie przez przypadek

Chłopak zamilkł z uśmiechem na ustach, dookoła rozległy się brawa, ale Natalia wpatrywała się tylko w jego ciemne oczy. Potem podniósł się i nim zdążył coś jeszcze zrobić, Hiszpanka rzuciła mu się na szyję ze łzami w oczach. Zaśmiał się i okręcił ją dookoła, a potem postawił na ziemi i ucałował w czoło.
- Kocham cię, moje skarbie… - szepnął jej do ucha, a ona zachichotała.
- Ja ciebie też, kochanie – odparła cicho. Potem odsunęła się nieco i powoli ruszyli razem w drogę powrotną do hotelu.
- Naty tak sobie myślałem, wiesz… Chciałabyś mieć kiedyś dzieci? – zapytał nieco niepewnie, przygryzając lekko wargi. Spojrzała na niego nieco zaszokowana, a potem powoli pokiwała głową.
- No… Tak, chyba kiedyś tak – odparła i oparła się o niego – Dwójkę, może trójkę… Dlaczego o to pytasz? – mruknęła, unosząc wzrok na jego lico. Uśmiechnął się łagodnie i ucałował jej czoło.
- Od tak. Jesteśmy narzeczeństwem, będziemy brać ślub… Musimy kiedyś pogadać o tym wszystkim –  powiedział wesoło, a ona pokiwała głową ze zrozumieniem.
W końcu dotarli do hotelu, gdzie bez wahania poszli na górę, do pokoju. Dziewczyna opadła na łóżko zmęczona, a Maxi zadzwonił do obsługi. Zamówił kolację.
Potem razem ją zjedli i najzwyczajniej w świecie poszli spać.

♥♥♥
Zabierz mnie nad zakręt rzeki
Zabierz mnie tam, gdzie kończy się walka
Zmyj truciznę z mojej skóry
Pokaż mi, jak być znów kompletnym”
♥♥♥

- Ale ja nie chcę tego jeść! – burknęła wrogo, krzyżując ręce na piersi i odwróciła głowę w przeciwną stronę. Leon westchnął ciężko i zabrał tackę z naleśnikami z łóżka.
- Ale tą bitą śmietanę zostaw! – krzyknęła zdenerwowana Francesca, kręcąc głową z dezaprobatą. Biedny Verdas pokiwał tylko posłusznie głową i podał jej puszkę z kremem, a resztę postawił na stoliku. Dziewczyna zaczęła wyciskając sobie śmietanę prosto do ust, tak, że ta aż spadała na pościel brudząc ją. Na ten widok chłopak skrzywił się.
- Fran, uważaj, błagam cię. Będziemy musieli płacić za pranie – pouczył ją, a ona prychnęła i jak na złość trysnęła sobie do buzi i przy okazji na pościel. Połknęła wszystko i uśmiechnęła się do Leona złośliwie. Ten czuł, że już nie wytrzyma.
- Dość! Mam dość tych twoich humorków! Nie zachowuj się jak dzieciak – warknął, a potem zabrał jej brudną kołdrę i poszedł do łazienki, trzaskając drzwiami. Stanął przy umywalce i zaczął uporczywie ścierać plamy namydloną gąbką.
Francesca zamrugała parę razy zaskoczona, a potem wytarła usta chusteczką i spuściła wzrok skruszona. Była w ciąży i co rano miała humorki, a Leon dzielnie to znosił, jednak chyba tym razem troszeczkę przesadziła. Wstała i poszła za nim do pomieszczenia obok. Czekała aż zakręcił wodę, a gdy to zrobiła zagryzła wargi i westchnęła.
- Przepraszam Leon… Nie powinnam się tak zachowywać – mruknęła cicho, robiąc się momentalnie smutna. Chłopak westchnął pod nosem i odłożył pościel, a potem podszedł do swojej ukochanej. Położył jej dłonie na barkach i przejechał po nich, a potem otulił ją ramionami troskliwie i przycisnął do siebie.
- W porządku, też przesadziłem… Po prostu… Czasem chciałbym rano się do ciebie poprzytulać i poleżeć w spokoju, a zawsze jesteś wtedy taka nieprzyjemna i mnie odrzucasz… Wiem, że to z tobą tak jest, hormony i tak dalej, ale… To jednak troszkę boli – szepnął cicho, wtulając twarz w jej włosy. Zacisnęła swoje drobne dłonie na jego plecach i odsunęła się nieco, a potem stanęła na palach i musnęła wargami jego ciepłe usta. Potem uśmiechnęła się lekko i pogłaskała go po policzkach.
- Wybacz… Postaram się troszkę opanować – odparła łagodnie. Posłał jej uśmiech i cmoknął w czoło.
- Cieszę się. A teraz wracaj tam i naprawdę coś zjedz, bo zasłabniesz – powiedział z troską. Pokiwała posłusznie głową i wyszła z łazienki. Leon stał jeszcze chwilę z uśmiechem na ustach, a następnie doczyścił kołdrę i wywiesił ją na suszarce. Wrócił do pokoju i zastał swoją ukochaną, próbującą dosięgnąć zamka do swojej granatowej sukienki w grochy. Podszedł do niej i całując ją po plecach i karku, zapiął suwak. Posłała mu uśmiech, a potem bez słowa włożyła na nogi baleriny. Leon też postanowił się ogarnąć. Założył zwykłe, ciemne jeansy oraz swoją koszulę w kratę, a na nogi czarne trampki. Przeczesał włosy, poprawiając je nieco, a potem ujął dłoń Francesci i ucałował ją.
- Mam dla ciebie niespodziankę – oznajmił wesoło. Już miała go zapytać o co chodzi i że nigdzie nie idzie, jeżeli jej nie powie, ale złapał jej torebkę i pociągnął Włoszkę do wyjścia. Podał dziewczynie jej własność, a potem wyciągnął z kieszeni chustkę, którą związał jej oczy.
- Leon! Nie lubię niespodzianek! – mruknęła i najpewniej gdyby mogła, to przewróciłaby swoimi ciemnymi tęczówkami. Westchnął i wziął ją na ręce.
- Ale ta ci się spodoba. Zobaczysz. To niedaleko – odparł łagodnie, po czym cmoknął ją w skroń, a następnie wyszedł z hotelu. Dotarł na miejsce po jakimś czasie i praktycznie od razu postawił wyrywającą się Włoszkę na ziemi. Ta westchnęła i przeczesała rozczochrane przez to wszystko włosy.
- Więc… Mogę już zdjąć tę opaskę? – zapytała nieco wkurzona. Leon uśmiechnął się lekko i objął ją od tyłu w pasie.
- Możesz, możesz – mruknął, opierając głowę o jej ramię. Fran rozwiązała supełek i zdjęła przepaskę. Jej oczom okazało się ogromne Wesołe Miasteczko. Co dziwne, było czynne, ale puste. Zmarszczyła brwi i zamrugała parę razy.
- O-o c-co chodzi? – zapytała zdezorientowana. Zaśmiał się i pogłaskał lekko jej brzuchu.
- Wynająłem je tylko i wyłącznie dla nas – szepnął jej do ucha i musnął je czule. Nie odzywała się dość długo, nie wiedział jak ma to  traktować – I… Jak ci się to… - nie zdążył dokończyć, bo Francesca odwróciła się i pocałowała go nagle, gwałtownie, ale bardzo namiętnie, obejmując go mocno za szyję. Zamrugał parę razy zaskoczony, a potem objął ją w pasie, jedną dłonią lekko dotykając jej karku i włosów. Trwali tak, w tym słodkim pocałunku jakiś czas, a potem, gdy już ich usta się od siebie odsunęły, łapali chwilę oddech, słuchając bicia swoich serc.
- Dziękuję Leon. Jesteś najcudowniejszym chłopakiem na świecie – szepnęła i przytuliła się do niego jeszcze mocniej. Zaśmiał się na to  cicho i odsunął ją nieco od siebie, całując w czoło.
- Nie ma za co. Wszystko dla mojej księżniczki – odparł i ucałował jej dłoń, a następnie poprowadził ją dalej – Od czego chcesz zacząć? – zapytał wesoło, na co Francesca pokręciła bezradnie głową. Rozejrzała się dookoła, a następnie wskazała na kolejkę górską.
- Zawsze się bałam, ale jeżeli ty będziesz obok i jeszcze potrzymasz mnie za rękę, to dam radę. A chcę spróbować – oznajmiła radośnie. Jak zaproponowała, tak zrobili.
W wesołym miasteczku spędzili bardzo dużo czasu. Na koniec Leon zaprowadził ją na Diabelski młyn. Usiedli w wagoniku i wznieśli się do góry. Fran oparła głowę o jego ramię i rozkoszowała się całą tą sytuacją.
- Leon…. – zaczęła cicho, wzdychając niesłyszalnie – Przepraszam, że masz ze mną tyle problemów, ciągle coś robię źle, mówię nie tak… Ale… Ale bardzo, bardzo, bardzo cię kocham, pamiętaj o tym – powiedziała po chwili, przymykając powieki. Spojrzał na jej spokojną, delikatną twarz i uśmiechnął się słabo. Pochylił się i ucałował jej czoło.
- Nie przepraszaj – odparł tylko, a parę chwil później przybliżył się do jej warg. Nie wahała się nawet chwili, docisnęła usta do jego i objęła Leona za szyję, głaszcząc smukłymi palcami jego kark. Verdas objął ją mocno w pasie, palcami błądząc po jej plecach, talii, biodrach, a wargi wychodziły naprzeciw sobie. Języki toczyły zażartą walkę, ale było w tym coś tak magicznego, majestatycznego, że nikt nie chciał wygrać tej bitwy.
W końcu poczuli szarpnięcie, co oznaczało, że przejażdżka się skończyła. Odsunęli się od siebie i posłali sobie uśmiechy, a potem Leon wziął Francescę na ręce i wyniósł z wagoniku.
- Wracajmy już… Konam, po prostu lecę z nóg – mruknęła dziewczyna, opierając głowę o jego tors. Pogłaskał jej udo i cmoknął ją w skroń.
- Co tylko chcesz, śliczna – odparł spokojnym, melodyjnym tonem. Później ruszył w drogę powrotną do hotelu.
Dotarł tam bardzo szybko, od razu kierując się do ich pokoju. Ułożył swoją ukochaną na łóżku i ucałował troskliwie w czubek głowy.
- Jak się teraz czujesz? – spytał, siadając obok. Wzięła go za rękę i ścisnęła lekko, opierając policzek o ramię swojego ukochanego.
- Dobrze… Dobrze, nawet bardzo dobrze – odparła szeptem. Przyglądał się jej ślicznej twarzyczce, a następnie uśmiechnął się mimowolnie.
- Może chodźmy już spać? – zaproponował, a ona na to tylko pokiwała głową. Delikatnie zdjął z niej sukienkę, odkładając na bok, a potem ułożył ją na poduszkach. Potem sam zdjął koszulkę oraz spodnie, po czym opadł obok niej. Okrył ją dokładnie kołdrą, a potem otulił ramionami, przytulając do siebie, głaszcząc ją po plecach.
- Dobranoc, słodkich snów, kochanie – szepnął jej do ucha. Francesca pokiwała głową, opierając zimne czoło o rozgrzany tors.
- Dziękuję… Dobranoc… - zamruczała i zamknęła oczy. Nie minęło parę chwil, a oboje odpłynęli w krainę Morfeusza, w krainę cudownych, pięknych snów.

♥♥♥
Bo jestem tylko pęknięciem
W tym zamku ze szkła
Zaledwie czymś, co
Trudno jest Ci zobaczyć
Trudno jest Ci zobaczyć”
♥♥♥

Po hotelu rozległ się głośny huk, który obudził i wystraszył pewnie trzy-czwarte ludzi tam mieszkających. Sebastian zerwał się z łóżka gwałtownie i rozejrzał po pokoju, szukając źródła tego ogromnego hałasu. To, co dostrzegł jednocześnie bardzo go rozbawiło, ale także wystraszyło. Jego kochana Candelaria leżała na środku podłogi, cała obsypana płatkami czekoladowymi, z naleśnikiem na włosach, oblana ciepłym, na szczęście nie gorącym, mlekiem. Dookoła walały się talerze, a w stronę chłopaka turlała się miska. Zatrzymał ją stopą, a potem podszedł do swojej ukochanej i ukucnął. Zdjął jedzenie z jej włosów, a potem uśmiechnął się lekko.
- Nic ci nie jest? – zapytał, powstrzymując śmiech. Ta spojrzała na niego poważnym wzrokiem, a potem parsknęła śmiechem i pokiwała głową.
- Tak, tak, okej. Nic mi nie jest – wykrztusiła. Seba wyprostował się i pomógł także Candy stanąć na równe nogi.
- Leć się umyj – zaśmiał się, wyjmując płatki z jej ciemnych kosmyków, a następnie zlizał z jej policzka mleko – A ja to posprzątam – dodał łagodnie, po czym odsunął się od niej i zaczął ogarniać ten bajzel. Dziewczyna westchnęła i poszła do łazienki.
Godzinę później siedzieli przy stole i jedli nowo zamówione śniadanie.
- Chciałam ci zrobić niespodziankę, śniadanie do łóżka… - mruknęła zawiedziona, bawiąc się krańcem spódniczki. Seba westchnął pod nosem, a potem ujął jej dłoń i ucałował ją.
- Przestań się smucić, lepiej ci z uśmiechem – odparł wesoło i pogłaskał ją po włosach, a potem cmoknął w czoło – Miło mi, że chciałaś mi zrobić taką przyjemność, a widok ciebie na tej podłodze był przezabawny. Nie przejmuj się – dodał rozbawiony, a następnie wstał i się przeciągnął. Candelaria spojrzała na Sebastiana z uśmiechem, a potem także się podniosła i klasnęła w dłonie.
- To co? Idziemy zwiedzać? – zapytała radośnie, a chłopak pokiwał głową.
- Pewnie. Ale najpierw się ubiorę – odparł rozbawiony, a następnie wziął ze swojej walizki ciemne jeansy oraz białą koszulkę z nadrukiem – Możemy iść – oznajmił, gdy zawiązał sznurówki w czarnych trampkach. Ujął dłoń Candy i pociągnął ją na zewnątrz.
Od razu ruszyli w stronę centrum, rozglądając się po mieście. Zwiedzali Neapol, oglądając piękne ulice, czy stare zabytki tego niesamowitego miasta. W końcu przysiedli w jednej z kawiarenek, żeby odpocząć. Sebastian zamówił im po mrożonej kawie i odetchnął, przeczesując nieco spocone włosy.
- Tu jest jeszcze gorzej niż w Argentynie – mruknął, oddychając głęboko. Nigdy nie było mu chyba aż tak gorąco. Współczuł swojej partnerce w jej czarnych glanach…
- Ta… Jest okropnie, nienawidzę takiego upału – sapnęła po chwili Candy. Spojrzał na nią i zagryzł lekko dolną wargę.
- No cóż…  Żałuję… Żałuję, że jest ci tak okropnie… - powiedział dość cicho, spuszczając wzrok. Dziewczyna zamrugała parę razy zdezorientowana, a potem zaśmiała się pod nosem i pokręciła głową, łapiąc go za rękę.
- Nie, nie, przestań! Nie o to chodziło! Bawię się super, kocham Włochy! Nawet ten upał przestaje mieć takie znaczenie, kiedy jesteś przy mnie – zapewniła go z szerokim uśmiechem na swoich malinowych ustach. Sebastian spojrzał na nią zaskoczony, a potem odwzajemnił uśmiech i przytulił Candelarię.
Po jakimś czasie dostali swoje zamówienia. Nie siedzieli już tam dłużej, po prostu zapłacili, a raczej on zapłacił, mimo usilnych protestów dziewczyny, a następnie udali się na dalsze zwiedzanie.
Po całym mieście Candy chodziła z aparatem, robiła mnóstwo zdjęć, mimo iż przecież przedtem mieszkała tu przez lata. Ale stwierdziła, że na koniec Studia zrobi wielki kolaż, więc musiała mieć dużo zdjęć. Albo film, czy coś. Tak czy siak chciała mieć też od groma zdjęć Sebastiana, tak żeby mieć na co się patrzeć jak go nie ma obok. A lubiła się na niego „gapić”.
Zatrzymali się w końcu z boku i przysiedli na ławce.
- No to co? Wracamy? – zapytał po chwili, a Candy pokiwała głową.
- Tak… Konam, po prostu nogi mi już w tyłek weszły – mruknęła, przytulając się do niego. Sebastian uśmiechnął się leciutko i wziął ją jednym ruchem na ręce.
- Dobra… To w którą stronę iść? – zapytał. Poczuł jak mięśnie Candelarii sztywnieją momentalnie, a ona spogląda na niego nieco przerażona.
- A-ale… Ale myślałam, że ty wiesz – odparła cicho, zagryzając lekko dolną wargę. Zmarszczył brwi i się rozejrzał, robiąc parę kroków w przód.
- No… No, ale to przecież ty spędziłaś w tym mieście pół życia – spojrzał na dziewczynę nieco zaszokowany. Jak mogła nie wiedzieć gdzie są?
- Mam kiepską pamięć do takich rzeczy! – krzyknęła, krzyżując ręce na piersi, a on przewrócił oczami.
- Dobra, w takim razie będziesz musiała chodzić i pytać ludzi?
- Ale dlaczego ja?! – jęknęła. Prychnął i postawił ją na ziemi.
- Bo to ty mi nie powiedziałaś, że nie wiesz gdzie jesteśmy – odparł, a ona spuściła wzrok. Mruknęła coś nie wyraźnie – Co? – zapytał, marszcząc brwi.
- Ale ja się wstydzę, no! – dodała głośno. I takim właśnie sposobem zaczęli się ostro kłócić, idąc przed siebie, a tą „wymianę zdań”, przerwała jakaś starsza pani, stukając lekko dziewczynę w ramię. Ta odwróciła się do niej, z zamiarem zamachnięcia się swoim ciężkim glanem, ale widząc staruszkę, powstrzymała się.
- P-przepraszam… - zaczęła nieco wystraszona – Usłyszałam przypadkiem, że szukają państwo hotelu Concordia… A chyba nie zdają sobie państwo sprawy, że jest przed nami… - zakończyła, wskazując na budynek. Candy i Seba automatycznie skierowali tam wzrok. Faktycznie, stali tuż przed ich hotelem. Dziewczyna pisnęła radośnie i przytuliła babcię, a potem serdecznie jej podziękowała. Ta tylko posłała im uśmiech, pożegnała się i odeszła. Candy spojrzała na Sebastiana, prychnęła i weszła do środka. Przewrócił oczami i poszedł za nią. Dotarli do pokoju w milczeniu, a kiedy już tam byli, dziewczyna rzuciła się na łóżku, zdejmując glany. Chłopak usiadł obok i pogłaskał ją po włosach.
- Nie jesteś chyba zła… Przepraszam, poniosło mnie… - zagadnął cicho, zagryzając lekko dolną wargę. Westchnęła i uśmiechnęła się delikatnie.
- W porządku Seba… Nie jestem zła, jest spoko – odparła łagodnie. Odwzajemnił szeroko jej uroczy uśmiech i ucałował jej wargi czule. Candelaria pogłębiła pocałunek, obejmując go za szyję. Oparł dłonie obok jej głowy i całował ją czule oraz namiętnie, pieszcząc językiem podniebienie dziewczyny. Kiedy się od siebie oderwali spojrzeli sobie w oczy, ich oddechy były nierówne, mieszały się ze sobą.
- Kocham cię – szepnął jej do ucha, a ona zaróżowiła się mocno i pokiwała głową.
- Ja ciebie też – odparła cicho.

♥♥♥
Na co jeszcze czekasz?
O co jeszcze walczysz?
Przecież czas wciąż wymyka ci się.
I cały świat patrzy.
Tak, cały ten świat patrzy.
Na ciebie, kiedy wstajesz
♥♥♥

Dziewczynę obudził przyjemny zapach naleśników. Uchyliła powoli powieki i spojrzała na Federico, stojącego nad łóżkiem z tacką. Uśmiechnęła się mimowolnie, po czym podniosłą się do siadu, leniwie przeciągając.
- Dzień dobry… - szepnęła błogo się uśmiechając.
- Dzień dobry, moja pani – odparł, kłaniając się lekko. Zachichotała i przyjęła od niego tackę z jedzeniem. Szybko ją opróżniła i odłożyła, a potem wstała z łóżka.
- Co dziś robimy? – zapytała wesoło. Federico przysiadł na łóżku, myśląc nad tym głęboko, a potem odetchnął.
- No… No to możemy iść na przejażdżkę czy coś… - stwierdził radosnym tonem. Pokiwała głową, a następnie zabrała parę rzeczy z walizki i udała się do łazienki. Założyła na siebie czarne szorty oraz niebieską koszulkę, a na nogi czarne koturny. Włosy związała w wysoki kucyk, a makijaż sobie odpuściła. Kiedy wróciła do pokoju, Fede czekał już na nią z kluczykami do auta. Ujął delikatnie jej bladą dłoń i pociągnął do wyjścia.
Nie minęło parę chwil, a siedzieli już w samochodzie, zmierzając w kierunku bliżej nieokreślonym.
- I jak ci się póki co podoba we Włoszech? – zapytał Federico, spoglądając na dziewczynę kątem oka.
- Jest cudownie. Ty też jesteś cudowny – odparła rozmarzona – Ale patrz na drogę – dodała zaraz z rozbawieniem, widząc, że patrzy na nią. Zaśmiał się i pokręcił głową.
- Cieszę się, że jesteś szczęśliwa.
- Z tobą zawsze jestem – przyznała. Jeździli po jakiś okolicznych drogach, gdy nagle samochód jakby w czymś ugrzązł. Spojrzeli po sobie, po czym Federico wyjrzał za okno. Westchnął i zagryzł lekko dolną wargę.
- Nie wiem jak ci to powiedzieć moja pani… - zaczął, a Ludmiła przewróciła oczami i uderzyła go w ramię.
- Mów, nie owijaj w bawełnę – mruknęła nieco zdenerwowana, bawiąc się palcami.
- Utknęliśmy w bagnie – oznajmił, a Ludmiła spojrzała na niego przerażona.
- ŻE CO PROSZĘ?! – krzyknęła i pokręciła głową – Ale jak my teraz wyjdziemy? – zaczęła panikować. Federico gorączkowo się rozejrzał, a potem dostrzegł jakiś gruby pniak.
- Hej, Lu… Uspokój się, no już. Wyjdziemy na dach i przejdziemy po tym – oznajmił, głaszcząc ją delikatnie po plecach. Musiał ją jakoś uspokoić, inaczej w życiu z tego nie wyjdą. Blondynka odetchnęła głęboko i pokiwała lekko głową.
- D-dobrze – odparła cicho. Po chwili byli już na dachu samochodu i próbowali przedostać się na pniak. Niestety, jak na złość, torebka dziewczyny wpadła do błota. Nie słuchała ostrzeżeń Federico i zaraz, próbując ją wyciągnąć spadła w bagno, ciągnąc za sobą chłopaka. Minęło parę chwil, kiedy stali na brzegu, cali brudni. Dziewczyna otarła błoto z dłoni i policzków, a potem jęknęła. Spojrzał na nią zmartwiony i westchnął.
- Chodź, trzeba znaleźć jakąś cywilizację… - mruknął, łapiąc jej dłoń. Ludmiła nic nie powiedziała, dała się prowadzić. Była smutna i zła, ogólnie nie podobała jej się ta sytuacja. Martwiła się, że się zgubili, była cała brudna i bała się troszkę zostać w tym polu dłużej. Nagle Federico sprowadził ją na jakąś zarośniętą dróżkę i się zatrzymał.
- Co ty wyprawiasz, myślała, że szukamy wyjścia – mruknęła, ale Włoch nie odpowiedział jej, tylko popchnął ją do tyłu. Przygotowała się na upadek, a zamiast tego z piskiem wpadła do wody. Kiedy poczuła okropny chód, postanowiła się zemścić, więc nie czekając zaczęła się lekko podtapiać i krzyczeć w niebo głosy, że nie umie pływać. Federico zamrugał parę razy i nie wahając się nawet chwili, nawet nie zdejmując z siebie ubrań, wskoczył za nią. Kiedy poczuła, że obejmuje ją w pasie, chlapnęła mu w twarz.
- A to była kara! – oznajmiła mu z uśmiechem i zanurkowała. Tak naprawdę potrafiła pływać doskonale. Pasquarelli nie do końca na początku rozumiał o co chodzi, ale potem parsknął śmiechem i pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Jesteś okropna – mruknął, kiedy wynurzyła się tuż obok jego twarz.
- Wiem – odparła z przekornym uśmiechem, a następnie pocałowała go namiętnie, obejmując mocno za szyję. Poczuła jak jego zwinne palce przejeżdżając po jej talii, a następnie, nie odrywając się od warg, przepłyną wraz z nią bliżej brzegu. Ułożył delikatnie ciało dziewczyny na piasku, w tej najpłytszej wodzie. W końcu się od siebie oderwali, oddychając głośno i nierówno.
- Chcesz tutaj… - zaczął cicho.
- Bardzo -  przerwała mu od razu, obejmując go nogami w pasie. Zaśmiał się pod nosem, a następnie pochylił się i przejechał powolutku wargami po jej policzku, szczęce… Potem usta padły na szyję. Całował powoli skórę, przygryzając ją lekko. Zostawił malinkę w miejscu gdzie wyczuł szalejący puls.
Ona leżała pod nim, głaszcząc jego tors i umięśniony brzuch, ale nie mogła się skupić na pieszczeniu jego, kiedy wargi Federico błądziły po jej skórze. Doszedł do krańca koszulki, którą zdjął jednym ruchem i odrzucił na brzeg. Zaraz za koszulką poleciał stanik, nie wahał się nawet chwili. Potem zwolnił, przyglądał się jej parę minut. Zarumieniła się pod jego spojrzeniem, na co uśmiechnął się szeroko. Ucałował jej policzki, a następnie pochylił się do ucha.
- Jesteś taka piękna, moja pani… - szepnął, przygryzając delikatnie płatek. Zadrżała lekko i zaczerwieniła się jeszcze mocniej. Potem podjął dalsze działanie. Delikatnie ujął jedną dłonią jej pierś i obcałował jej skórę. W końcu doszedł do sutka, którego objął wargami i pieścił językiem, ssąc go delikatnie i przygryzając leciutko zębami.
- O boże! – jęknęła głośno, zaciskając zęby na dolnej wardze. Uśmiechnął się pod nosem, a potem przejechał nosem między jej piersiami i zajął się drugą.
W końcu jednak postanowiła wziąć się w garść. Przewróciła go na plecy i usiadła mu na biodrach. Zaczęła powoli całować cały jego tors, przygryzając co jakiś czas jasną skórę. Zostawiła mu na szyi malinkę, a potem przejechała językiem po sutku. Usłyszała ciche westchnienie, więc kontynuowała, majstrując przy pasku od spodni. Wyciągnęła go w końcu, a potem rozpięła guziczek oraz suwak. Ściągnęła mu spodnie do kostek, a potem sam odrzucił je gdzieś na bok, poza wodę. Znów zamienił ich miejscami. Od razu zajął się jej brzuchem, ssąc lekko skórę, zostawiając co jakiś czas czerwone ślady. W końcu zdjął jej spodenki, razem z dolną partią bielizny. Zamrugała parę razy nieco zaskoczona, że Federico działa tak szybko, ale gdy obdarował jej uda pocałunkami, zamruczała niczym kotka, przymykając powieki. Zamiast jednak podchodzić coraz wyżej, jechał ustami w dół. Uniósł jej nogę i całował łydkę, jedną potem drugą. Rozchyli w końcu jej uda i uniósł lekko biodra do góry, by nie musieć nurkować w płytkiej wodzie i nie zahaczać brodą o piasek. Powolutku przejechał językiem po kobiecości. Poczuł jak spina wszystkie mięśnie, wstrzymała oddech i wygięła się w łuk, mocniej wypychając biodra do góry. Uśmiechnął się mimowolnie, a następnie palcami lekko rozchylił płatki jej kwiatu i wsunął w nią język. Zaczął nim poruszać, co jakiś czas ssąc, całując, lekko przygryzając. Ludmiła w tym czasie oddychała szybciej, wierciła się niespokojnie i jęczała co jakiś czas. Czuła się wręcz nieziemsko. Po jakimś czasie objął jej najczulszy punkcik wargami i lekko ssał, a w nią samą wsunął palce. Odpłynęła, oczy zaszyły jej mgłą, a oddech gwałtownie przyśpieszył, klatka piersiowa unosiła się w zawrotnym tempie, opadała równie szybko, serce waliło jak młotem.
Przejechała powoli dłońmi po jego ramionach, jedną zjechała w dół, po kręgosłupie, a drugą wplotła w ciemne włosy. Odsunęła w końcu jego twarz od siebie i przyciągnęła go góry, wpijając mocno w usta. Poczuła na wargach swój własny smak, a zamiast obrzydzenia wywołało to u niej dodatkowe podniecenie. Nie wiele już myśląc, zdjęła jego bokserki. Jednak to on ciągle kontrolował sytuację. Drażnił przez chwilę jej kobiecość całym sobą, a potem wszedł w nią dość powolnym, ale zdecydowanym ruchem. Jęknęła mu wprost w rozchylone wargi, poczuła początkowy, ostry ból, który mieszał się z nowym doznaniem, z niepojętą wręcz rozkoszą. Zamknęła oczy, a Federico się zatrzymał, rozkoszując tym momentem. Kiedy wyczuł, że Ludmiła już się rozluźniał, poruszył biodrami, powoli, ale dogłębnie. Z każdym nowym ruchem, przyśpieszał, robił to mocniej. Przejechał dłońmi po jej jędrnych piersiach, brzuchu i udach, zaciskając na nich palce.
Blondynka zaciskała dłoń na ciemnych włosach, a drugą na jego ramieniu, kalecząc je paznokciami.
Trwało to niesamowicie długo. Oboje błyszczeli jak dwie, największe, najcudowniejsze gwiazdy przemierzające galaktykę. Tak niezwykli i cudowni oddzielni, ale prawdziwego blasku nabierali dopiero razem.
Federico wykonał ostatni ruch, najgłębiej jak się da i zatrzymał. Poczuła jak jej wnętrze zalewa przyjemne ciepło, a dreszcze przebiegają przez całe ciało, które zaczęło delikatnie drżeć. Jęki było słychać chyba w całej okolicy, ale zaraz ją uciszył pocałunkiem. Długim, namiętnym, ale troskliwym. Wyszedł z niej w końcu i opadł obok z cichym pluskiem wody. Dookoła słychać było tylko szum liści i wody oraz ich głośne oddechy.
- Kocham cię, moja pani – szepnął jej do ucha, a ona uśmiechnęła się słabo.
- Ja ciebie też – odparła, przytulając się do niego, a potem zasnęła.

♥♥♥
Powiedz dokąd iść, gdy wokół tylko mrok
Kiedy nie mam już nic
Powiedz jak mam żyć, gdy dawno już umarłam
I nie potrafię dziś śnić
Pomóż mi
♥♥♥

Całe wakacje zleciały im niesamowicie szybko. W końcu nadszedł ten ostatni wieczór, kiedy zebrali się na plaży, przy ognisku. Diego trzymał na kolanach gitarę i coś na niej brzdąkał, czekając aż dotrze ostatnia para, czyli Tomas i Violetta. W końcu nadeszli i zajęli swoje miejsca. Tomas miał niedopiętą koszulę, a Violetta rozczochrane włosy, nie trzeba było długo się domyślać co przed chwilą robili.
Hiszpan spojrzał po wszystkich i się uśmiechnął.
- To co gramy? – zapytał wesoło. Wszyscy się zamyślili, spoglądając po sobie.
- Friends ‘till the end – zaproponowała Francesca. Wszyscy przytaknęli, a następnie Diego zaczął grać.

On the first day that I met you
Feeling out of place, so many new faces
The first friend that I looked to
When I reached out, you'd always be there for me

Violetta i Tomas spoglądali na siebie z uśmiechem, śpiewając te wersy. Mimo tak długiej drogi jaką przebyli, dobrze było im razem, a Tomas nie trzymał urazu. Kochał ją zbyt mocno. Rozkruszył jej serce i odnalazł piękno w okrucieństwie.

Friends till the end, never break, never bend
Friends understand, make you smile, hold your hand
Now we're standing together, we're never alone
And we shine a light wherever we may go

Leon mocniej objął Francescę w pasie i cmoknął ją czule w policzek, a potem zaśpiewał swoją kwestię, opierając głowę na jej ramieniu. Wyglądali razem tak pięknie, wręcz idealnie. Kto by pomyślał, że ta dwójka będzie razem tak szczęśliwa?

If you need me in a heartbeat, just say so
You can count on me, count on me
I will come
In a heartbeat 'cause you know
You will always be, always be number one

Ich wspólne głosy rozbrzmiały w jedno, złączyły się i razem tworzyły wspólną całość.

The first time I sung a song
Finding my feet, the right melodies to key
The first time you sung along It was real harmony, like you were a part of me

Camila wraz z DJ’em oraz Natalia i Maxi, siedzący dziwnym trafem wszyscy obok siebie, wydali z siebie te piękne dźwięki.
Cami mimo trudnej sytuacji cieszyła się tymi wakacjami, a DJ był w nią zapatrzony jak w obrazek. A szczęśliwszej pary niż Naty i Maxi nie można było sobie wyobrazić.

Friends till the end, never break, never bend
Friends understand, make you smile, hold your hand
Now we're standing together, we're never alone
And dreams are alive, gonna keep believing
The friendship we share like the music we love
It keeps us together wherever we may go

I tak głosy kolejno Diego i Angeli, Candy i Seby oraz Lary i Marco rozbrzmiały razem, tworząc idealną harmonię.
Pierwsi z nich byli mieszanką wybuchową, dość przewrotną, tak zwane „Sandy” zawsze umieli poprawić sobie humor, a Lara i Marco po burzliwych związkach z innymi, w końcu odnaleźli siebie. Każdy miał swoją historię, długą drogę, którą przebył by być tu, gdzie są.
Potem razem zaśpiewali refren, zamieniając plażę w pamiętne miejsce ich miłości i przyjaźni.

Now we're standing together, we're never alone
And dreams are alive, gonna keep believing
The friendship we share like the music we love
It keeps us together wherever we may go
If you need me in a heartbeat, just say so
You can count on me, count on me
I will come
In a heartbeat 'cause you know
You will always be, always be number one

Melodia zwolniła, a odezwała się Ludmiła i Federico. Dziewczyna ścisnęła mocniej dłoń swojego ukochanego i oparła głowę o jego ramię, a on otulił ją ramieniem troskliwie. Śpiewali dla wszystkich, a jednocześnie tylko i wyłącznie dla siebie.
A co grało im w serach i w duszy? Wiedzieli chyba tylko i wyłącznie oni.

If you need me in a heartbeat, just say so
You can count on me, count on me
I will come
In a heartbeat 'cause you know
You will always be, always be number one

Ostatni raz zaśpiewali wszyscy, łącząc nie tylko głosy, ale i dusze, serca oraz umysły, jakby byli jedną całością, myślącą, kochającą i robiącą to samo. A potem nastała cisza. Nie trwała ona długo. Wśród późniejszych oklasków, gwizdów i śmiechów, słychać było jeszcze…

 Bijące dla siebie serca.

Przyjaźń dzielimy jak muzykę, którą kochamy…

♥♥♥
Tworzysz mury, by potem je burzyć,
Bo tak właśnie trzeba.
Ochroniłeś siebie.
Poznałeś kim jesteś,
i to nigdy nie zginie.”
♥♥♥

DZIĘKUJĘ ♥♥